Biuletyn AGH
Magazyn Informacyjny Akademii Górniczo-Hutniczej
18 listopad 2017
Strona GłównaBiuletyn AGHArchiwumKontakt
Disce puer…

Wszyscy stajemy się turystami, przynajmniej raz w roku, podczas wakacji. Wyjazdy zagraniczne stały się chlebem powszednim, odkąd premier Rakowski (któż go jeszcze pamięta) dał nam paszporty do domu. Wraz z turystyką zagraniczną pojawiły się języki turystyczne. O językach turystycznych nie piszą uczeni lingwiści, nie wspomina o nich Noam Chomsky, nie uczą ich na uniwersytetach, ale one istnieją.

Masowa turystyka nie jest zjawiskiem starym. Pojawiła się wraz z wejściem do powszechnego użytku odrzutowych samolotów pasażerskich, zdolnych przerzucać tysiące ludzi szybko i sprawnie w najodleglejsze miejsca na kuli ziemskiej. Pierwszy pasażerski odrzutowiec, De Havilland Comet, pojawił się w 1952 roku i odtąd liczymy erę turystyki masowej.

Stosunkowo niedawno w języku polskim pojawiły się leksykalne dziwolągi. Wybiera się odpowiednią destynację u tour operatora. Poluje się na first lub last minute. Kupuje się opcje HB, FB lub all inclusive (czasem w wersji soft). A potem dostaje się w ręce rezydentów i animatorów, bojąc się overbookingu przy powrocie. No chyba, że zabukowaliśmy czarter.

Jak już turysta wyjedzie pod palmy, piramidy, do fiordów czy tundry, pojawia się problem podstawowy. Trzeba się dogadać. Im wolniej i dobitniej mówimy po polsku, tym mniej nas rozumieją. Naraz okazuje się, iż znajomość angielskiego nie wystarcza. Językami turystycznymi okazują się te języki, których naukę lekceważyliśmy. Po pierwsze, na wschód od Bugu aż do Cieśniny Beringa bez rosyjskiego ani rusz. Nie przeczytamy nawet nazwy stacji kolejowej, bo litery jakieś dziwne. W Prowansji sam dźwięk angielskiego wywołuje wstręt u sprzedawcy w sklepie, nie mówiąc już o Arabach w Maroku czy Tunezji. W całej Ameryce Łacińskiej lubią brzmienie angielskiego, bo kojarzy się z amerykańskimi dolarami, ale na tym lubieniu się kończy. Bez podstawowej znajomości hiszpańskiego jesteśmy skazani na nadużywanie rąk i min, a i tak niewiele z tego wychodzi. Po prostu okazuje się, że w Boliwii mało kto mówi po angielsku. Celowo nie wspominam Chin, bo to zupełnie odrębny temat. Od biedy rozumieją naszą angielszczyznę, ale my nie zrozumiemy chińskiego angielskiego.

Podróże nie tylko kształcą, ale i uczą pokory. To, że świetnie idzie nam opisywanie wytrzymałości materiałów na ściskanie, udar, zginanie czy ścinanie w czasie konferencji, wcale nie znaczy, że będziemy w stanie wykłócić się z kierowcą autobusu w Nepalu, który nie chce nas wpuścić do środka. Kierowca udaje, że nas nie rozumie, a my nie rozumiemy bez udawania.

Wszystkich języków świata się nie nauczymy, ale podstaw kilku powinniśmy. Na dodatek działa tu reguła, że nauka każdego następnego języka idzie łatwiej i szybciej, a wtedy nie zginiemy w szerokim świecie. Czego wszystkim i sobie życzę.

Lucjan Bluszcz