Biuletyn AGH
Magazyn Informacyjny Akademii Górniczo-Hutniczej
29 maj 2022
Strona GłównaBiuletyn AGHArchiwumKontakt
Wysokie schody wyższej uczelni
23 styczeń 2012

Podobno studia to najpiękniejszy okres życia. Zaczynasz być dorosły i otwierają się przed tobą nowe drzwi, ale jeszcze nie musisz grzeszyć dojrzałością, wiele rzeczy uchodzi ci płazem, masz ciągle taryfę ulgową. Jeśli wyjeżdżasz studiować do innego miasta, okazuje się jak łatwo można teraz tworzyć nieznane kiedyś lub mocniejsze niż dawniej więzy z ludźmi własnego pokolenia, żyć łapczywie, gęsto, intensywnie. Coś dzieje się po raz pierwszy, nie zawsze nazwane, ale tak wyjątkowe, że będziesz zawsze pamiętał. Można już smakować całkiem poważne wyzwania, a chwilę potem zachłysnąć się zabawą bez granic, bo dziś jeszcze odpowiadasz tylko za siebie; zresztą dookoła dzieje się zbyt wiele, by wszystko ogarnąć.

Dla ludzi zdających maturę w 1989 roku następne lata były niezwykłe także z powodu historii globalnej. Wczorajsze wrażenie, że tylko oczy miały kolory – co zapamiętał angielski gwiazdor rocka, odwiedzający Polskę z koncertami w latach 80. – zniknęło; cały kraj powoli nabierał rumieńców, otwierały się granice, mogliśmy zobaczyć z bliska urodę świata i – o ile starczyło nam odwagi – stać się jego gospodarzami, sięgnąć po jego bogactwa. Prawie każdy dawał radę, bo właściwie nie chodziło o kamień filozoficzny; jednak „prawie” daje wielką różnicę…

Dla mnie studia, obok wszystkich zakosztowanych powabów i arkadyjskich chwil oznaczają rozdział, kiedy świat zwyczajnie mi odjechał. Bynajmniej umyślnie – raczej tak, jak zdarza się podczas górskich wypraw: jeden uczestnik szybko dostaje zadyszki, zwalnia i często odpoczywa. Grupa nie może czekać, musi być na szczycie o rozsądnej porze, żeby zejść na dół zanim będzie ciemno, więc rada nasuwa się sama: nie musisz robić całej trasy, idź tylko do przełęczy albo od razu do schroniska, tam się spotkamy. I rzeczywiście, wieczorem znów ich widzisz – zwycięskich, roześmianych, opowiadających doskonałe anegdoty, inspirowane wydarzeniami ostatnich godzin. Dalej się przyjaźnicie, tylko już nie należysz do tej grupy, coraz więcej was dzieli, coraz mniej macie wspólnych tematów. Dzień później spod okapu schroniska spoglądasz za nimi, gdy pną się pod górę – im dalej, tym mniej realni – aż zupełnie znikną ci z oczu.

Codzienność wygląda podobnie – najprostsze czynności zajmują ci godziny i wymagają ogromnej koncentracji. Nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje, a raczej domyślasz się, że jesteś gorszy od kolegów. Na pierwszym roku architektury wyrównujesz tuzin razy tę samą kreskę, chociaż nikt jej nie zauważy; na drugim całymi dniami poprawiasz nieistotny szczegół rzutu, który nie będzie nigdy oceniany; zaczynając projekt stawiasz założenia, które praktycznie nie dają się pogodzić – ale rezygnacja z nich oznaczałaby zdradę jakiegoś ideału.

Wewnętrzny głos każe ci dokonywać wyboru wiodącego dalej od celu, wbrew rzeczywistej intencji i zdrowemu rozsądkowi, a im surowiej się oceniasz, tym bardziej nienawidzisz swoich obowiązków. Zaległości rosną, więc by ratować twarz, usiłujesz być na jakimś odcinku lepszy od innych, niestety taka presja wiąże ci ręce, nie umiesz już nic zrobić spontanicznie, bojąc się kolejnej porażki.

Rozmowa z ludźmi to niebezpieczne ryzyko – unikasz jednoznacznych odpowiedzi na łatwe pytania, nie wiadomo bowiem jaka treść może być obrazą twojego rozmówcy albo skłonić go do działania, które poskutkuje tragedią. Idąc ulicą oglądasz każdy drobiazg, zauważony kątem oka na chodniku, by upewnić się, że nie zgubiłeś czegoś ważnego – pokonanie stu metrów zabiera więc nawet kwadrans. Zbierasz napotkane gwoździe czy kawałki rozbitego szkła, by nie zagrażały drogim ci osobom. Kurczy się obszar bezpieczeństwa, zostają pojedyncze enklawy, gdzie jeszcze możesz się odprężyć.

Pod każdym pretekstem usiłujesz uciec od czynności, potęgujących niepokój; unikasz kolegów, ukrywasz się przed wykładowcami, nie mogąc spojrzeć im w oczy. Mija siedem lat od matury, a ty jesteś na trzecim roku studiów i jak generałowie pod Verdun – wyczerpałeś ostatnie rezerwy. Gdy nie oddajesz indeksu po letniej sesji, bo pośród zaliczeń brakuje tam czegokolwiek nowego i sekretariat wydziału uznaje cię za skreślonego z listy studentów, już nie próbujesz tego odkręcać.

Dopiero wtedy zdarza się okazja, by opowiedzieć komuś o minionych latach, szukać diagnozy. Nerwica natręctw? Udane rozgrzeszenie na początek nowego otwarcia i może jeszcze czas coś ugrać. Historia sztuki wygląda dobrze – obejmuje architekturę, tylko bez technicznych obciążeń, a kameralne Collegium Iuridicum jest jednym z najładniejszych miejsc na całym uniwersytecie – zagraniczni turyści zaglądają tam, by obejrzeć arkadowy dziedziniec i fotografują rzeźbę Igora Mitoraja. Mimo różnicy wieku nie tylko jesteś akceptowany, ale koleżanki i koledzy poznani na zajęciach okazują ci masę sympatii; twoje notatki są chętnie pożyczane, wspólne egzaminy leczą kompleks samotnika. Razem bierzecie udział w objazdach naukowych po Niderlandach, Lombardii, Czechach i Dolnym Śląsku, inwentaryzujecie zabytki Kalwarii Pacławskiej i dawnych Kresów. Na podróżnych ścieżkach, pod dachem uczelnianej biblioteki, na krużganku instytutu rodzą się przyjaźnie i coś więcej. Ochrona tej lepszej rzeczywistości, wolnej od nerwicy nie zawsze jest łatwa, jej organizacja kosztuje dużo czasu i wysiłku, żąda rytuałów. Jedno jest pewne: za powyższą cenę znakomicie ukrywasz swoje dolegliwości – po wielu latach dziewczyna, która była w tobie zakochana, nie będzie umiała uwierzyć, że zwykłe bycie obecnym często cię przerastało.

Ale licho nie śpi; to co utrudniało rysowanie, doskonale rozkwitło przy seminaryjnych tekstach – jak ognia więc boisz się niechcianych słów, wymyślając ich zamienniki, zastępujesz całe zdania, by wyeliminować sąsiednie wyrazy rozpoczynające się taką samą głoską lub niejednoznaczne modele składniowe; równocześnie jako temat dyplomu wybierasz rekonstrukcję średniowiecznej architektury – nie da się obejść bez rysunków, czyli od dawna twojego przekleństwa. Jednego dnia wielogodzinne próby narysowania machikuł gotyckiej wieży kończą się wbiciem rapidografu w blat deski kreślarskiej. Dalszy opór nie ma sensu – składasz broń, myśląc że to warunek spokoju.

Niestety, po miesiącu dziwnie znajoma scena: idąc od tramwaju zauważasz swojego promotora – najbardziej podziwianego i szanowanego profesora wydziału historycznego, wybitnego badacza średniowiecza, fascynującego wykładowcę, bezinteresownego przyjaciela studentów, który wierzył, że sobie poradzisz i bardzo chciał ci pomóc dokończyć pracę dyplomową. Nie dałeś mu nawet szansy, zawodząc jego wielkie zaufanie. Teraz wstyd każe ci uciec do najbliższej bramy.

Powraca stare pytanie, czy rzekoma choroba usprawiedliwia cały życiorys – skoro jesteś kowalem własnego losu, chyba jednak słabo kułeś. Zdaniem wielu natręctwa i nerwice nikogo nie wyróżniają, będąc w jakimś stopniu udziałem każdego, czego dowodzi choćby tak częsty u kobiet irracjonalny strach przed myszami. Na wydziale architektury razem z tobą studiował chłopak pozbawiony jednej całej dłoni i dwóch palców u drugiej – nie chciał jednak żadnych wygodnych tłumaczeń, bo należał do najlepszych studentów. Czy pamiętając go wypada mówić o nerwicy?

Minione lata to był rzeczywiście piękny okres. Chociaż studiowałeś bardzo długo, miejski urząd pracy orzeka, że według przepisów uzyskałeś średnie wykształcenie. Zaakceptuj je i zobacz ile się udało – nadal ktoś cię pamięta i chce spotykać, na starych slajdach niezmiennie masz młody uśmiech i zuchwałe spojrzenie, kilka kamieni tworzących nawierzchnię prowansalskiej drogi ułożonych twoimi rękami podczas studenckiej praktyki było świadkami trudnego uczucia i największego nasilenia chorobowych objawów. Mimo całej niezdarności, mazgajstwa i lenistwa może dostajesz więcej niż zasłużyłeś, trafiając dziś wreszcie między ludzi tobie podobnych – spróbuj dać im coś pożytecznego, bo oni umieją dzielić się swoją najlepszą częścią. Nie musisz nic ukrywać – rozumieją cię dobrze i powoli bezpieczna enklawa rośnie. Teraz, kiedy wracasz myślami do tamtej górskiej wyprawy, nabiera ona innego wymiaru i jest warta uśmiechu; może nie wejdziesz na szczyty razem z kolegami ze studiów, którzy zdobyli już Nobla lub kilka Oskarów – ale przełęcz nadal pozostaje w twoim zasięgu.

Mikołaj Golenia

Tekst pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Dla Nas” – Czasopiśmie Środowisk Działających na Rzecz Osób Chorujących Psychicznie