Biuletyn AGH
Magazyn Informacyjny Akademii Górniczo-Hutniczej
18 styczeń 2022
Strona GłównaBiuletyn AGHArchiwumKontakt
„Jedynym orężem był opór”
06 grudzień 2011

Strajk „Solidarności” 14 grudnia 1981 roku na AGH

Wywiad z Ireneuszem Serwanem, członkiem Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność” AGH

Jak wspomina Pan początki Związku Zawodowego „Solidarność” w AGH? Jak to się zaczęło?

Zwołano pracowników naszej uczelni i powołano Uczelniany Komitet Założycielski. Było to 19 września 1980 roku. W skład komitetu weszli: Kazimierz Godlewski jako przewodniczący, Jerzy Ostachowicz, Jerzy Wenda, Mieczysław Zaniewski, Robert Kaczmarek, Halina Mytnik oraz Stanisław Witczak. Nasz związek został zarejestrowany już w październiku tego samego roku. W grudniu wybrano władze związku, ja zostałem członkiem prezydium, a w październiku 1981 roku wiceprzewodniczącym.

Gdy wprowadzono stan wojenny piastował Pan znaczącą funkcję. Czym się Pan zajmował?

Przed wybuchem stanu wojennego zostałem wiceprzewodniczącym Komisji Zakładowej AGH, zajmowałem się sprawami organizacyjnymi i finansowymi. W niedzielę 13 grudnia 1981 roku oczyszczałem siedzibę z ważnych dokumentów, aby nie dostały się w ręce komunistów. Wieczorem tego samego dnia wraz ze Stanisławem Witczakiem roznosiliśmy do siedzib Komisji Zakładowych, należących do sieci podlegającej AGH, krótkie ulotki informujące o aresztowaniach w Regionie Małopolskiej „Solidarności”. 14 grudnia przed południem przyszedłem do A-0, gdzie zebrało się już ponad 100 osób. Zastanawialiśmy się, co dalej robić. Coraz częściej padały głosy, żeby zorganizować strajk, jednak ja uważałem, że powinniśmy poznać opinię pozostałych członków komisji. Postanowiliśmy więc wysłać delegatów do poszczególnych Komisji Zakładowych, żeby zapytali o opinię wszystkich członków. Po ich powrocie podjęto decyzję, że od godziny 15:00 rozpocznie się 48-godzinny strajk okupacyjny w budynku A-4.

Został pan przewodniczącym Komitetu Strajkowego w AGH, więc był pan w centrum wydarzeń. Jak wyglądały pierwsze dni strajku?

Około 400 osób zajęło budynek A-4. Nie było chaosu, wszystko było dokładnie przygotowane, przemyślane. Pierwszy dzień miło wspominam. Serdeczna, koleżeńska atmosfera. Czas upływał nam na rozmowach, grach i zebraniach, które nazwaliśmy żartobliwie (choć nie przypadkowo) „scenami balkonowymi”, gdyż przemawiający stawali na galerii, żeby w miarę możliwość wszyscy zebrani mogli ich usłyszeć. We wtorek po południu ksiądz Franciszek Płonka odprawił mszę świętą dla zgromadzonych. Tego samego dnia otrzymaliśmy wiadomość, że o godzinie 2 lub 3 ma nastąpić likwidacja strajku. Przypuszczaliśmy, że będzie to godzina 14 lub 15 po południu, ale jak się później okazało, chodziło o 2 lub 3 w środę w nocy. Potem pojawił się Rektor AGH i postulował rozwiązanie strajku. Nie podjęliśmy ostatecznej decyzji, postanowiliśmy zdecydować o dalszych działaniach w środę przed południem, ale już nie zdążyliśmy…

…bo strajk został zlikwidowany. Był Pan Przewodniczącym Komisji Strajkowej. Jakie represje Pana dotknęły?

16 grudnia około 3:00 w nocy siły ZOMO i LWP wkroczyły do budynku i siłą wyprowadziły strajkujących na dziedziniec. Potem przez kilka godzin na mrozie spisywano nasze dane personalne. Kilkanaście osób aresztowano, ale szybko je wypuszczono. Natomiast mnie, Halinę Mytnik, Józefa Jachimskiego, Henryka Brancewicza, Michała Sicińskiego i Andrzeja Szczepańskiego internowano.

fot. Stanisław Malik

Co się później z Panem działo?

Przewieźli mnie na Komendę Główną MO na ul. Mogilską. Przesłuchiwali mnie. Chcieli wyciągnąć informacje na temat strajku, kto go zorganizował, jakie były powody, ale ja odmówiłem zeznań. Powiedziałem, że mam takie prawo. 18 grudnia przewieźli mnie do Nowego Wiśnicza, gdzie urządzono miejsce dla internowanych z Krakowa, przebywali tam również studenci AGH zatrzymani w Hucie. Pamiętam, jak chcieli mi odebrać termos, a ja nie chciałem go oddać. Jeden z więziennych „klawiszy” powiedział wtedy do milicjanta: „daj spokój, nie zabieraj mu go, bo jeszcze zbijesz i będziesz za to odpowiadał”. To poskutkowało.

Jak długo przebywał Pan w Nowym Wiśniczu?

Byliśmy tam do 28 grudnia. Tam też spędziłem pierwszą w moim życiu Wigilię poza domem, w takich warunkach. Studenci zrobili z desek krzyż i odbyła się Wigilia z zimnym dorszem i ziemniakami (śmiech). Zaskoczeniem było dla nas to, że w Boże Narodzenie odwiedził nas kardynał Macharski. Odprawił mszę, spowiadał. Księża dawali nam długopisy i kartki. Mogliśmy napisać listy do rodziny. 28 grudnia wkroczył major ZOMO i powiedział, że nas przenoszą, ale nie powiedział gdzie. Nie chciałem się zgodzić, więc w imieniu pozostałych wystąpiłem i powiedziałem, że ja, jako przewodniczący zebranych w tej sali, wybrany jednogłośnie swoim jednym głosem, nie zgadzam się na przewiezienie nas w inne, nieznane mam przecież miejsce. Niestety i tak zostaliśmy przewiezieni do Załęża pod Rzeszowem, gdzie powstał ośrodek dla internowanych z Małopolski.

Jak z perspektywy czasu ocenia Pan pobyt w Załężu? Czy warunki były tam lepsze czy gorsze niż w Wiśniczu? Jednym słowem, czy przeniesienie wyszło Panu na dobre, czy wręcz przeciwnie?

W Załężu mieliśmy dużo lepsze warunki sanitarne. Po pewnym czasie udostępniono nam nawet spacerniak i świetlicę. To tam poznałem Bogdana Klicha. Bardzo dobry człowiek, lubiłem go także z innego powodu. Bogdan gorzej grał w brydża, dzięki temu ja mogłem wygrywać (śmiech). Oprócz tych „wygód” najważniejszą była możliwość odwiedzin. Moja żona odwiedziła mnie tam dwukrotnie. Raz z córką, drugim razem sama. 10 stycznia 1982 roku nagle wywołali moje nazwisko. Powiedzieli, że jadę do Krakowa. Ale nie do domu. Jechałem na Komendę MO na ul. Mogilskiej. Jechałem w zimnej, nieogrzewanej, tylnej części wozu milicyjnego. Zmarzłem na kość. Po przyjeździe kazali mi się rozebrać do naga. Nie zgodziłem się, bo było strasznie zimno. Ulegli.

Skoro nie mieli zamiaru Pana wypuszczać na wolność, w jakim celu przywieziono Pana do Krakowa?

Na Mogilskiej funkcjonariusze MO chcieli „zmontować” dowody, które miałyby świadczyć za tym, że 14 grudnia 1981 roku w budynku A-0 agitowałem za strajkiem…

fot. Stanisław Malik

Ale nie znaleźli żadnych dowodów?

Nie, nic nie znaleźli. Przesłuchiwali mnie wielokrotnie, ale nic nie powiedziałem. Zresztą zgodnie z prawdą, bo strajk nie miał przywódcy, był dobrowolny, ludzie sami przychodzili z własnej woli. Milicja nie miała żadnych dowodów. Przesłuchania nic nie dały i po 4 tygodniach przewieźli mnie z powrotem do Załęża. Tam przebywałem do 3 marca 1982 roku. Tego dnia zwolnili mnie do domu.

Zwolnili, ale czy pańskie życie od razu wróciło do normy?

Pozornie tak. Chciałem od razu działać, ale bałem się, że jestem obserwowany i mogę ściągać na siebie uwagę… Dopiero w czerwcu zostałem członkiem Tajnej Komisji Zakładowej AGH. Znów działałem w „Solidarności”. We wrześniu 1982 roku na pogrzebie naszego kolegi Andrzeja Grudzińskiego wygłosiłem przemówienie, mówiłem o tym, kim był i że działał w słusznej sprawie, te treści były „przemycane”, nie mogłem mówić tego wprost. Wtedy też mi się udało, zresztą nie pierwszy raz…

Był Pan odważnym człowiekiem, wiele razy przeciwstawiał się Pan rozkazom władzy, ich poleceniom. Większość bała się milicji i posłusznie wykonywała ich rozkazy. Nie bał się Pan konsekwencji swojego zachowania?

To prawda, cały czas sprzeciwiałem się poleceniom milicjantów, czy przedstawicieli komunistycznej władzy. Odmawiałem zeznań, wystawiania odzieży przed celę na noc, co było nakazane, czy nawet odmówiłem oddania termosu. Wcześniej w latach 70., byłem kilkakrotnie wzywany przez UB. Namawiano mnie bym został informatorem. Oczywiście nie zgodziłem się. Wymówiłem się względami moralnymi i chorobą wrzodową. Oni nadal naciskali, proponowali, że załatwią sanatorium na moje dolegliwości, żebym tylko się zgodził. Nie zgodziłem się i żadnych problemów z tego powodu nie miałem. Zresztą komuniści dużo lepiej traktowali tzw. inteligencję niż robotników, a wszystko po to, żeby znów między nas „wbić klin”, skłócić nas. Dlatego tym bardziej oponowałem przy każdej okazji, bo wiedziałem, że przynajmniej tak mogę stawić im opór.

Dziękuję za rozmowę i życzę wszystkiego dobrego

Rozmawiała Marzena Rogozik
Studentka I roku SUM Kulturoznawstwa, Wydział Humanistyczny AGH