Biuletyn AGH
Magazyn Informacyjny Akademii Górniczo-Hutniczej
17 czerwiec 2019
Strona GłównaBiuletyn AGHArchiwumKontakt
Mamy do czynienia z rzeczami, które powinny budzić zaniepokojenie

„Masz żonę Polkę, masz dzieci. Twój syn jest już u nas. Macie zabić matkę i córkę”. – O ludobójstwie na Kresach Wschodnich
oraz trudnych stosunkach polsko-ukraińskich z dr Lucyną Kulińską, adiunktem na Wydziale Humanistycznym,
rozmawia Michał Zgoda, student Socjologii Wydziału Humanistycznego

Urodziła się pani w Krakowie, nikt z pani rodziny nie pochodzi z Kresów Wschodnich, a mimo to jest pani jedną z nielicznych historyków w naszym kraju, którzy z ogromnym zaangażowaniem prowadzą badania nad dziejami dawnej Rzeczypospolitej. Skąd wzięło się to zainteresowanie Kresami?

Można powiedzieć, że w dużej mierze z przypadku. Podczas prowadzonych kwerend do pracy doktorskiej zetknęłam się z raportami Polskiego Państwa Podziemnego i Rady Głównej Opiekuńczej, które donosiły władzom w Londynie o tym, co działo się w 1943 i 1944 roku na Kresach. Był to okres masowej eksterminacji ludności polskiej kierowanej przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię. Miejscowa ludność ukraińska podjudzona przez nacjonalistów ruszyła do „czyszczenia etnicznego” terenów wschodniej Polski. Raporty dotyczące tych zbrodni wstrząsnęły mną do głębi. Pomimo edukacji historycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim, a potem własnych badań, dotąd nie zdawałam sobie sprawy z rozmiarów dokonanego ludobójstwa.

fot. arch. LK

Mniej więcej w tym czasie (czerwiec 1994) na naszej uczelni odbywała się konferencja poświęcona akcji Armii Krajowej o kryptonimie Burza na Kresach Wschodnich. Przyszło na nią kilku jeszcze żyjących jej uczestników. Po zakończeniu obrad panowie ci zwrócili się do grona historyków pracujących w naszym Instytucie Nauk Społecznych z taką prośbą. „Proszę państwa, czy ktoś z państwa by nam nie pomógł? My mamy tyle materiałów, tyle wspomnień, my w tej chwili już wymieramy. Czy ktoś z państwa podjąłby się uporządkowania tych materiałów, ich zbadania i opisania. Nikt się tym nie interesuje.” Było to dla mnie przygnębiające, ponieważ dowodziło, że przez tyle lat nikt im nie chciał pomóc. Pomyślałam, że przecież mogłabym się podjąć tego zadania, tym bardziej, że wiedziałam już gdzie szukać innych dokumentów o tej tematyce. I tak się zaczęło…

W jednym z artykułów napisała pani o Kresach jako o czarownej krainie, bogatej urodą przyrody i różnorodnością mieszkających tam nacji i religii, spinanych przez wieki klamrą kultury polskiej. Jak to możliwe, że w takim miejscu doszło do tak okrutnych, zbiorowych mordów na Polakach?

Przygotowując się do opracowania tego tematu zaczęłam badać historię Kresów południowo-wschodnich, słuchałam opowieści byłych mieszkańców, oglądałam obrazy i fotografie… Muszę przyznać, że była to ziemia wyjątkowej urody, żyzności, pełna zabytków i pamiątek przeszłości, bogata w ludne i piękne miasta, ze Lwowem na czele… We wspomnieniach byłych polskich mieszkańców to obraz niemal idylliczny. Szczególnie mieszkańcy wsi podkreślali też poprawne stosunki z Rusinami, wspólne obchodzenie świąt, a jeśli chodzi o Galicję, istnienie dużej ilości rodzin mieszanych.

Prawda jest taka, że nigdy nie były to spokojne ziemie i przemoc była obecna w życiu mieszkańców od wieków. Jednak nawet na tym tle wyjątkowo dramatyczny okazał się dla ludności Kresów wiek XX. Budzenie się świadomości narodowej Rusinów przebiegało w ostrej konfrontacji ze społecznością Polską. A dlaczego? Dlatego, że Polacy byli tam przez całe wieki czynnikiem dominującym gospodarczo i kulturowo, szczególnie w miastach. Rusini mieli bardzo niewielką ilość inteligencji – w zasadzie byli chłopami, biednymi i niewykształconymi. Czynniki takie jak kompleks niższości i zazdrość o lepszą pozycję społeczną odegrały w tym dramacie bardzo istotną rolę.

Rozumiem, ale co takiego stało się, że w pewnym momencie doszło do takiej eskalacji nienawiści?

Impuls przyszedł na prowincję z zewnątrz, ze strony inteligencji ukraińskiej i kleru greckokatolickiego opanowanych agresywną nacjonalistyczną ideologią. To oni skierowali wrogość „ukraińskiego ludu” przeciw Polakom. Nie bez znaczenia były też czynniki zewnętrzne. Szczucie poszczególnych nacji na siebie prowadzone przez zaborców Polski, potem bardzo okrutna I wojna światowa, rewolucja bolszewicka, która wlała w serca ludzi kolejną porcję anarchii, dzikości i nienawiści. To były wezwania do niszczenia cywilizacji i porządku…

Rozmawiamy tu o ludobójstwie dokonanym w czasie drugiej wojny światowej, ale już u schyłku pierwszej wojny światowej w Galicji mamy przedsmak eskalacji przemocy antypolskiej. Jest rok 1918 – płoną polskie dwory, chaty, domy, których mieszkańcy są mordowani, gwałceni i ograbiani z niespotykanym okrucieństwem. Wśród ofiar już wtedy są kobiety, dzieci, starcy. Dzieją się rzeczy nieludzkie i straszne. Potem przychodzi rok 1919 – krwawy, terytorialny konflikt polsko-ukraiński. Jakaż to ironia losu, że nie dotyczył on zaborców. I tam ilość okrucieństw ze strony Ukraińców w stosunku zarówno do polskich wojskowych, jeńców jak i cywilów była porażająca.

Gdyby pani mogła wskazać kim byli ludzie odpowiedzialni za rzeź na Kresach w latach II wojny światowej?

Zamieszanych w tę zbrodnię było bardzo wielu ludzi. Wiemy, że dowódcy UPA, a wcześniej OUN wydawali rozkazy, rozsyłali wici. Oni mieli bezwzględne formacje wewnętrzne OUN-UPA (Służba Bezpeky). Jeżeli Rusin czy Ukrainiec się nie podporządkował, nie zgłosił na zbiórkę przed napadem na wieś – był torturowany lub zabijany. Oczywiście możemy powiedzieć, że część ludzi opętanych tą ideologią szła mordować sąsiadów z pełnym przekonaniem i bez oporów. Niskie pobudki, w tym motyw grabieżczy, były bardzo silne.

Kto rozbudził to zwierzę w Ukraińcach? Wojna – na pewno. I to, że wcześniej tak łatwo udało się Niemcom i ich ukraińskim pomocnikom wyniszczenie ludności żydowskiej. Do UPA wpłynęło kilka tysięcy członków kolaboranckiej policji ukraińskiej, która wcześniej w miastach i wsiach na terenie całych Kresów urządzała polowania na Żydów, rozkradając ich mienie, przejmując domostwa. Więc jeżeli okazało się, że jedną nację można było tak łatwo usunąć, to dlaczego nie następną? Jednak podstawowe znaczenie miała straszna, mordercza ideologia ukraińskiego nacjonalizmu zaszczepiona młodym i prostym ludziom…

Kogo pociągać do odpowiedzialności za ludobójstwo? Czy prostych chłopów, co szli z siekierami, widłami i motykami torturować i zabijać Polaków? Czy ukraińskie kobiety, które pomagały w zbrodniach, a przede wszystkim grabiły domy, stajnie i obory, sprzęty, nie cofając się przed zabieraniem pokrwawionej odzieży i pościeli pomordowanych? Czy kilkunastolatki obu płci, które zadawały ofiarom rany i śmierć idąc do polskich wsi jak na „polowanie na ludzi”? Czy dzieci ośmio-dziewięcioletnie, które dobijały rannych, czy grały w piłkę głowami pomordowanych Polaków?

Mimo wszystko, ja tych otumanionych, prymitywnych ludzi oskarżać nie chcę. Potępiam ich czyny, ale wiem, że byli dla bezwzględnych nacjonalistów – faszystów jedynie narzędziem. Za to ani ja, ani ofiary nigdy nie rozgrzeszymy tych Ukraińców, którzy wydawali rozkazy mordu, którzy propagowali, czy uświęcali zbrodnie – jak liczni duchowni greckokatoliccy i prawosławni, czy przywódcy OUN, UPA i innych nacjonalistycznych formacji ukraińskich. To oni zamiast wiecznego potępienia są dzisiaj bohaterami na Ukrainie!!! Do skuteczniejszego pozbycia się Polaków nacjonaliści wykorzystywali kolejnych okupantów – zarówno Rosjan jak i Niemców. Dziś tak tuszowana przez pogrobowców OUN-UPA kolaboracja z okupantami była faktem.

Nie wolno jednak zapominać, że ukraińskim wieśniakom za ostrzeżenie Polaków przed napadem, uratowanie przez ukrycie, wyprowadzenie z pułapki, czy dostarczenie żywności do lasu lub miasteczka, gdzie się schronili, groziła ze strony członków OUN i UPA okrutna śmierć za „zdradę ukraińskiej sprawy” przez zakatowanie, pokazowe ukrzyżowanie, czy powieszenie. W takich przypadkach nie pozwalano nawet zdjąć trupa. Nie chcę tutaj epatować okrucieństwem, ale faktów nie da się zmienić…

Czy mogłaby pani dookreślić, czym jest ta ideologia i do kogo należały twarze na jej sztandarach?

W ideologii, którą kierowały się szowinistyczne i terrorystyczne organizacje ukraińskie jak UWO, OUN a potem UPA, występuje afirmacja wyższości „lepszych ludzi” nad „gorszymi”, czy też system wodzowski, jednoznacznie kojarzący się z faszyzmem. Sztandarową postacią był tu Dymitr Doncow. Wywodził się on ze wschodniej części Ukrainy, miał korzenie rosyjskie. Był natchniony ideą „rewolucji narodowej”. Innym ideologiem był Mikołaj Michnowski. Jeden z przywódców nacjonalistów Mychajło Kołodzinskyj napisał takie słowa: „Trzeba krwi, dajmy morze krwi, trzeba terroru, uczyńmy go piekielnym […] Mając na celu wolne państwo ukraińskie, idźmy doń wszystkimi środkami i wszystkimi szlakami. Nie wstydźmy się mordów, grabieży i podpaleń. W walce nie ma etyki.” Zapoznając się z ideologią nacjonalizmu ukraińskiego znajdziemy wyraźne sugestie, co ma się stać z Polakami i innymi „obcymi”, czyli tzw. „czużyńcami” na Kresach. Po prostu ma powstać wielka Samostijna Ukraina, tylko dla Ukraińców, a wszyscy „wrogowie Ukrainy” – wymienieni już Polacy, ale i Żydzi, Rosjanie, Ormianie, Czesi, Cyganie − mają być z Kresów usunięci. Wrogość, podstęp, a wreszcie wyniszczanie – to były zalecane sposoby postępowania. Członkami OUN nie byli z reguły prości ludzie, ale inteligencja ukraińska: nauczyciele, lekarze, prawnicy, księża greckokatoliccy, duża grupa działaczy społecznych, lokalnych dalej młodzież licealna, czasami gimnazjalna − bo w OUN były też przybudówki młodzieżowe. Cała czołówka nacjonalistów ukraińskich, potem mordercy Polaków, to absolwenci lub studenci polskich szkół i uczelni wyższych, ludzie wykształceni. Nie tylko zaakceptowali tę ideologię i ulegli jej, ale rozprzestrzeniali ją również wśród ludu. Jak przeczytałam w jednym z zeznań działacza OUN (inteligenta) – „rzuciliśmy na nich «czerń»”. Jak u Sienkiewicza w Ogniem i mieczem – tą samą bezlitosną „czerń”…

Nazwiska krwawych realizatorów terroru, a potem ludobójstwa Polaków znamy: to fanatyk – Stefan Bandera, Roman Szuchwycz, Mykoła Łebed, Dmytro Kłaczkiwskyj (krwawy kat Wołynia o pseudonimie Kłym Sawur) i wielu, wielu innych. Nie brakuje wśród nich też opętanych tą ideologią greckokatolickich księży, którzy wraz z rodzinami popychali do mordów, a nawet w nich uczestniczyli. Na bezwzględne potępienie zasługuje zdecydowany wróg polskości, arcypasterz Ukraińców, Andrij Szeptycki. Mimo częściowo polskich korzeni nie zrobił nic, by zatrzymać rzeź Polaków i szkodził im zawsze i wszędzie.

Musimy pamiętać, że ofiarami banderowców, ofiarami OUN, UPA, byli też Ukraińcy. Mordowano za sprzyjanie Polakom. Mordowano rodziny mieszane. To była jedna z najokrutniejszych rzeczy – nakaz „oczyszczania krwi” – czysty rasizm! Opowiem panu historię, która prześladuje mnie, od kiedy ją usłyszałam kilkanaście lat temu. Na jednym ze spotkań, które odbywało się na Dolnym Śląsku, podszedł do mnie pan i powiedział: „Proszę pani, niech pani walczy, żeby to się nigdy nie odrodziło. Ja pani powiem, co zdarzyło się mojej rodzinie. Ja jestem Ukraińcem. Do mnie przyszła moja rodzina, z której wielu członków było w UPA i powiedzieli: »Masz żonę Polkę, masz dzieci. Twój syn jest już u nas. Po prostu macie zabić matkę i córkę«.” Syn mój dostał w końcu rozkaz dokonania egzekucji. Błagałem syna przez całą noc, żebyśmy uciekli razem – a syn, nie i nie. W końcu syn powiedział: „Ojciec musimy to zrobić”. Naostrzyli siekiery. Wzięli żonę, córkę, poszli do lasu. I mężczyzna, który mi to opowiadał, własnoręcznie zabił syna. Powiedział: „Musiałem zabić własnego syna, bo to już było zwierzę.” Zabrał żonę, córkę i uciekli do Polski. Ale już nigdy spokoju ani szczęścia nie zaznał. Córka go zostawiła, żona bardzo szybko umarła ze zgryzoty. „Zostałem sam, jestem już przed śmiercią, i oni mi to zrobili. Oni mi to zrobili!”

Druga opowieść, zamieszczona w trzecim tomie Dzieci Kresów, dotyczy sytuacji przeciwnej. Dwóch sąsiadów bardzo blisko żyło ze sobą. Pewnego dnia Ukrainiec ostrzegł swojego polskiego sąsiada, że będzie napad, że go z rodziną wymordują. Więc natychmiast uciekli do miasteczka. To był okres tuż przed zbiorami. Niech pan sobie wyobrazi wiejską rodzinę, która żyje z upraw i nagle musi uciekać tak, jak stoi. Nie mają z czego żyć. Ukraiński sąsiad zebrał z pola Polaka część zboża, załadował nim wóz, nawrzucał jeszcze warzyw, i zawiózł mu do miasta: „To jest z twojego pola, wiem, że tutaj głodujesz z piątką dzieci, więc to przecież twoje.” Po powrocie do siebie został zatłuczony kijami. I człowiek, który pisze mi tę relację mówi, że nigdy nie powie, że wszyscy Ukraińcy byli źli. Że nie może się pogodzić z tym, co się stało. Jego sąsiad podjął ryzyko, mając świadomość, że nie wolno Polakom ani dowozić, ani sprzedawać żywności. Ci, którzy ocaleli spod siekiery, mieli wymrzeć z rodzinami z głodu i chorób.

Najgorszych czynów dopuszczała się podburzona młodzież. Starsze pokolenie miało wielkie opory. Nie mieściło im się w głowie, żeby robić takie rzeczy. To właśnie starsi ludzie, babuleńki, chowały pod spódnice polskie dzieci, kiedy przychodzili ich upowscy synowie czy wnukowie mordujący Polaków. Większość osób, które u mnie składały relacje, przeżyło dzięki Ukraińcom – głównie starszym, czasem spokrewnionym, ale jakże często „wiejskim wyrzutkom” – żebrakom, kalekom – ale mającym ludzkie uczucia i dobre, gorące serca.

Jest pani autorką wielu artykułów i książek o tematyce kresowej. Wśród nich trzech części wspomnianych przed chwilą, Dzieci Kresów – zbiorów wspomnień osób, które jako dzieci przeżyli gehennę ukraińskiego ludobójstwa. W jakich okolicznościach powstawały te prace?

Relacje i wspomnienia docierały do mnie różnymi drogami. Postanowiłam je wydawać, gdyż brakowało takich publikacji. Kiedy przeglądałam biblioteki zorientowałam się, że są zbiory wspomnień dzieci holokaustu, dzieci zesłanych do łagrów, dzieci z niemieckich obozów koncentracyjnych, a ofiary ukraińskich nacjonalistów miały pozostać w cieniu. Z drugiej strony każdy z tych zbiorków jest też moimi „prezentem” dla ofiar i ich rodzin z okazji kolejnych zaniedbanych przez władze okrągłych rocznic „kresowego ludobójstwa”. Opracowuję i redaguję te książki przede wszystkim dla nich. I słyszę podziękowania z komentarzem: „To będzie coś, co zostawię rodzinie, wnukom by pamiętali o strasznym naszym losie, by się to nie powtórzyło…”. Dlaczego wybieram relacje dzieci? Nie był to zabieg intencjonalny. Po prostu ja mogłam rozmawiać już tylko z ówczesnymi dziećmi. Ich rodzice już nie żyją…

Sama pani przyznaje, że wiedza Polaków o dawnych wschodnich województwach Rzeczypospolitej jest dzisiaj nikła. Dla wielu słowo „Kresy” brzmi obco i abstrakcyjnie. Jak to możliwe, że większość Polaków w ogóle nie słyszała o tamtych wydarzeniach?

O to, proszę pana, dbano. Polityka od samego początku wpływała na tę sprawę. Wszyscy, którzy przyjechali z Kresów, przez długie lata mieli w dowodach osobistych pisane „urodzony w Związku Radzieckim”. Często, a naprawdę była to norma, mieli kłopoty, jeżeli się przyznawali, że ich rodzina była eksterminowana przez Ukraińców. Pewien kresowiak opowiadał mi z ironią niemal: „Dopiero wtedy, kiedy w życiorysie napisałem, że moja rodzina została wymordowana przez Niemców − jakby czarodziejską różdżką − wszystko się zmieniło. Dostałem pracę, przestałem mieć różnego rodzaju kłopoty.” Ze strachu nie przekazywali wiedzy nawet własnym dzieciom.

W podręcznikach polskich nie pisano na ten temat literalnie nic. Wołyń to był temat zakazany. Komuniści, ukrywając sowieckie i własne zbrodnie, pilnowali, żeby go nie wyciągnięto, bo równocześnie trzeba by było powiedzieć i o zabranym Lwowie, Wilnie…, i Katyniu. Ale co gorsza, o tej straszliwej zbrodni nie pisano też na Zachodzie – na emigracji. Krąg „Paryskiej Kultury” i sam Giedroyć nie tylko starali się tuszować ukraińskie zbrodnie, ale pomagali zbiegłym na Zachód przywódcom i członkom OUN- UPA i SS-Galizien. Polska emigracja polityczna i wojskowa, będąca na chlebie „zachodnich demokracji”, nie mogła, a może i nie chciała w czasie „zimnej wojny” dopominać się o sprawiedliwość dla pomordowanych przez nacjonalistów kresowian. Przykro mi o tym mówić. Najważniejszą rzeczą okazało się działanie na szkodę przeciwnika czyli ZSRR, zaś wola rozliczenia strasznego ludobójstwa prostu nie istniała. I co się dzieje w momencie, kiedy powstaje „Solidarność”? Duża grupa przedstawicieli mniejszości ukraińskiej o niejasnej banderowskiej przeszłości i nacjonalistycznych poglądach została dopuszczona do budowania III RP i uzyskała wielkie polityczne wpływy. Towarzyszyło temu silne blokowanie przez „nowe elity” wszelkich przejawów polskiego patriotyzmu. Nowa władza o zgrozo, oparła się na grupie, która reprezentowała nie interesy polskich ofiar, ale ich oprawców. Najlepszym przykładem jest najbardziej wpływowy krąg elit III RP czyli „Gazeta Wyborcza”. Przez całe lata jej dziennikarze bronili i bronią odradzającego się najokrutniejszego i najdrapieżniejszego faszyzmu w dziejach świata – banderyzmu!

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że podzieliło się w Polsce ofiary na te, o których można mówić, oraz na te, o których mówić nie można. Dlaczego rodziny Polaków pomordowanych na Kresach wciąż spotykają się z brakiem zrozumienia ze strony polskich elit?

Od początku, jak już to mówiłam, w grę wchodziła wielka polityka. Walka o demokratyzację Ukrainy, o to, aby w ogóle ten kraj się odbudował, wymuszała na polskich elitach, by im na jakiś czas, jak to się mówi, „odpuścić”. Taka była filozofia: Nie możemy zaczynać od tych najtrudniejszych spraw, niech oni się tam poukładają, niech sobie zaczną budować to państwo od nowa, no i jakoś się to potoczy. I liczono na to dosyć długo. Początkowo wydawało się, że byliśmy na dobrej drodze do wyjaśnienia zbrodni… Ale były to złudzenia. Wiktor Juszczenko po dojściu do władzy oparł swoją prezydenturę na ludziach, którzy wywodzili się z pogrobowców OUN-UPA. Juszczenko wybrał, jak chcą inni – za niego wybrało USA, najgorzej, jak mógł. Niestety rozpoczęła się i trwa do dziś na Ukrainie akcja poprawiania historii, nobilitowania sprawców ludobójstwa. Nagle przemianowano ich na wspaniałych, szlachetnych bohaterskich chłopców, którzy walczyli z komuną i Niemcami”. Że jest to wierutne kłamstwo martwi się niewielu. Uwierzyli w „poprawioną wersję historii”.

Trudno się dziwić oburzeniu Polaków, którzy będąc nad grobem, muszą oglądać pomniki stawiane ich oprawcom nie tylko na „zaprzyjaźnionej Ukrainie”, ale i w Polsce (jest tu już prawie 150 upamiętnień).

Co musi się wydarzyć, aby rząd ukraiński zaczął otwarcie mówić prawdę o tej niechlubnej karcie historii. Czy musi zaistnieć coś tak spektakularnego jak katastrofa smoleńska, która w pewnym stopniu dodatkowo zwróciła uwagę świata na mord katyński?

W jakimś sensie takie spektakularne wydarzenie miało miejsce. To był dekret Juszczenki o przyznaniu Stefanowi Banderze tytułu Bohatera Ukrainy. Wydarzenie bez precedensu, które powinno wstrząsnąć polską opinią publiczną. Ten człowiek przed wojną za terroryzm i organizowanie zabójczych zamachów miał 7-krotny wyrok śmierci! Był moralnym sprawcą kresowego ludobójstwa!

Jednak z powodu nikłej wiedzy Polaków na ten temat reakcja władz i społeczeństwa była niewielka. Dopiero wyjście ludzi na ulice pod konsulaty ukraińskie skłoniło polskiego prezydenta do wystosowania, utrzymanego zresztą w nader delikatnym tonie, protestu. Nawet Unia Europejska zdobyła się na więcej…

Obawiam się, że szkody spowodowane zaszczepieniem przez nacjonalistów banderowskiej ideologii młodemu pokoleniu Ukraińców może mieć poważne konsekwencje. Mamy do czynienia z niepokojącymi faktami. Dla Polaków Bandera jest to człowiek odpowiedzialny za terroryzm i zbrodnie. On wydawał rozkazy zamachów, które miały swoje krwawe żniwo. Tam gdzie działa probanderowska „Swoboda”, młodzież jest w stanie skrzyknąć się do dowolnej rozróby. Jestem pełna obaw. Niepokojące jest włączenie się w ten nurt syna Szuchewycza, który razem z przedstawicielami „Swobody” − bowiem oni w tej chwili weszli do władz politycznych, głównie lokalnych − organizuje różnego rodzaju obchody, mające pełne znamiona obrzędów faszystowskich i odbywające się pod hasłami rewizjonistycznymi. Domagają się oni, na przykład, windykacji dziewiętnastu powiatów dzisiejszej Polski. Wiece, gdzie głosi się takie hasła, odbywają nie tylko we Lwowie, czy Stanisławowie, ale i na przejściu granicznym w Korczowej. To są już fakty, które powinny nasze społeczeństwo zaalarmować. Ukraina to kraj pogrążony w wielkiej zapaści gospodarczej i chaosie, przeżarty korupcją i różnymi patologiami. Brunatna ideologia to katalizator nieprzewidywalnych zdarzeń.

Najbardziej jednak obawiam się o przebieg Euro 2012. Władze lwowskie rozważały nazwanie stadionu, na którym mają się odbywać mecze, imieniem Stefana Bandery. Nieoficjalnie tak już jest nazywany. To budzi najgorsze konotacje i obawy. Jak polska reprezentacja może wbiec na tak nazwany stadion? W ogóle żadna reprezentacja nie powinna grać na takim stadionie – to tak, jakby nazwać stadion imieniem Hitlera, czy Himmlera!

Nadzieje, że kwestia się rozwiąże, kiedy nastąpi zmiana prezydenta na Ukrainie, nie do końca się sprawdziły. Na zachodniej Ukrainie sprawy zaszły za daleko. Ideologia ukraińskiego nacjonalizmu stała się niemal obowiązująca. Jeżeli chodzi o Kijów to wiemy, że toczy się tam proces przeciwko uznaniu UPA za bohaterów Ukrainy. Dzieje się to z pełnymi oporami. Powiedzmy sobie szczerze, jest wielu adwokatów banderowców, nawet wśród Rosjan. Co dla mnie jest bardzo dziwną sprawą, Rosjanin Roman Orechow uczestniczy w tym procesie. Co równie dziwne, Polacy dostarczają na ten proces dokumenty, które wykazują zbrodniczość OUN i UPA, drogą niemal półprywatną, a nie przez polskie MSZ. A przecież w naszym interesie leży, aby te organizacje zostały uznane na Ukrainie za zbrodnicze.

Tymczasem kolejne polskie władze sponsorują wydawanie pro-banderowskiego pisma „Nasze Słowo”. Jest ono pełne kłamliwych, agresywnie antypolskich tekstów. Jaki kraj pozwala na tego typu działania?

W Polsce nie ma niestety żadnej sensownej polityki historycznej. Steruje się nami „z zewnątrz”. Każdy może dzięki temu bezkarnie, wbrew faktom historycznym, oskarżać Polaków o dowolne przestępstwa, a my – jeden z najstraszniej doświadczonych w czasie ostatniej wojny naród, mamy wszystkich przepraszać.

W jaki sposób można opisać aktualne stosunki polsko-ukraińskie?

Jeżeli mówimy o Ukraińcach, to mówimy o kraju „rozłamanym” na dwie części, o różnej historii, tradycjach, mentalności. Czas, który upłynął od uzyskania niepodległości, nie został należycie wykorzystany. Klęska pomarańczowej rewolucji spowodowała, że Ukraińcy dali władzę drugiej stronie. Jednak ta władza jest słaba, jak każda władza w kraju o rozbitym elektoracie. Nacjonalistyczna ideologia oparta na etosie banderowskim, reprezentowana przez partię „Swoboda”, opanowała zachód Ukrainy. Postkomunistyczna część wschodnia jest bardzo skorumpowana, z bajecznie bogatymi oligarchami i porażającą biedą. Obie części nie mają przejrzystych perspektyw. Równocześnie w polityce realizowane są zdecydowanie totalitarne wzorce wschodnie, w których demokracja, prawo – w tym prawa człowieka – są mało znaczącymi słowami. Skorumpowany, brunatniejący kraj bez czytelnych reguł, praw, norm moralnych, to powiedzmy sobie szczerze, zarówno dla Polski jak i Europy – żaden partner. Mimo dawanych na wyrost obietnic ze strony Polski i Unii – twarda lekcja do „odrobienia” jest jeszcze przed Ukraińcami. Nikt inny za nich tego nie zrobi…