Biuletyn AGH
Magazyn Informacyjny Akademii Górniczo-Hutniczej
06 lipiec 2022
Strona GłównaBiuletyn AGHArchiwumKontakt
Biały szkwał

12 sierpnia 2007 roku. Biały Szkwał na Mazurskich Jeziorach zabrał ze sobą 12 osób. W tym samym dniu w epicentrum nawałnicy znalazło się również 15 studentów Akademii Górniczo-Hutniczej. Był to pierwszy i ostatni dzień ich wakacji.

Były trzy załogi, po pięć osób na jednym jachcie. „Baltazar” należał do załogi kapitana Kacpra, która składała się z Agnieszki, Andrzeja, Marioli i Franka, na „Iskrze” dowodził Maciek wraz z Filipem, za balast robili Monika, Paweł i Jola. Na trzecim „Wiśce” pływała ekipa, której kapitanem był Krzysiek, a załogantami Agata, Michał, Karolina i ja. Jak co roku, wybraliśmy się na Mazury, aby odpocząć przed wrześniową sesją, która zbliżała się wielkimi krokami. Datę 21 sierpnia 2007 roku wszyscy zapamiętamy do końca życia, nie tylko z powodu imienin, które tego dnia obchodzę.

Był to początek naszych wymarzonych i wytęsknionych wakacji. Pierwszy dzień żeglowania zapowiadał się dość spokojnie. Rano wypłynęliśmy z miasteczka Ruciane-Nida, a miejscem docelowym było jezioro Jagodne, do którego planowaliśmy dopłynąć około godziny 19.

Była piękna pogoda, świeciło słońce i wraz z załogą opalaliśmy się w samych strojach kąpielowych na jachcie. Czas płynął wolno. Śpiewaliśmy szanty, obozowe piosenki, opowiadaliśmy kawały, graliśmy w karty, planowaliśmy kolejne podróże. Wiatr delikatnie smagał skórę, słońce opalało, drzewa na brzegach lekko się kołysały, szum wody koił i uspokajał. Tak mijały godziny. Około godziny 14 minęliśmy sławne i ulubione miasto żeglarzy – Mikołajki, tym samym wpłynęliśmy na jezioro Tałty. Niespodziewanie…

12 w skali Beauforta

Niebo w oddali zaczęło zmieniać barwy, zerwał się wiatr i zaczęły padać drobne krople deszczu na jeszcze spokojną taflę jeziora. Z takimi sytuacjami mieliśmy do czynienia nie pierwszy raz. Wraz z Karoliną zeszłyśmy pod pokład i zaczęłyśmy robić dla naszej dzielnej załogi obiad, gdyż zbliżała się godzina 15. Postawiłyśmy czajnik z wodą na herbatę, wodę na makaron i zabrałyśmy się za obieranie warzyw. Opowiadając żeglarskie historie z poprzednich rejsów i wycierając łzy rozbawienia, nagle zauważyłyśmy, jak mocno buja się łódka. W ostatniej chwili złapałam czajnik, który z gotującą się wodą leciał w stronę Karoliny. W tym momencie wszystko stało się dla mnie jasne, zdążyłam tylko krzyknąć „teraz to już się tylko módlmy”. Wtedy łódka przewróciła się. Zobaczyłam, że woda, jak w scenie z filmu Titanic, dostaje się przez luk, zalewając wnętrze jachtu z ogromną prędkością.

Ewakuacja

Odszukałam wzrokiem Karolinę, chwyciłam ją za rękę i krzycząc: „Uciekamy stąd!” (wersja ocenzurowana), pociągnęłam w białą pianę. „Bardzo się boję, jak my stąd wypłyniemy…, a może ubierzemy kapoki?” – panikowała Karola. Nie miałam pomysłu, nawet nie myślałam, jak należy wypłynąć z kabiny, która znajdowała się pod wodą. Adrenalina podziałała sama. W akcie desperacji zaczerpnęłam powietrza i płynęłam przed siebie. Niestety, nie był to dobry pomysł, całym ciałem wbiłam się w metalowy ster. Wycofałam się z tej pułapki, ale zaczęło mi brakować powietrza. Popłynęłam do góry z nadzieją, że wypłynę na powierzchnię wody, wtedy głową uderzyłam o kokpit. Na szczęście nie był do końca zalany i w 5-centymetrowej warstwie powietrza zdołałam odetchnąć. Tym razem obrałam kierunek na prawo. Okazało się to dobrym wyborem, gdyż wypłynęłam na powierzchnię wody.

Wszyscy w komplecie…?

W jednej chwili zorientowałam się, że to nie koniec. Szybko chwyciłam się przewróconego jachtu, gdzie znajdowała się cała załoga oprócz Karoliny. Już miałam po nią wracać, gdy wypłynęła. W tej chwili łzy szczęścia spłynęły mi po policzku. „Czy wszyscy na pokładzie?” – zapytał kapitan, chcąc dodać nam animuszu. Zabrzmiało to zabawnie i pomimo grozy sytuacji roześmialiśmy się.

Walka o przetrwanie

Trzymaliśmy się kurczowo łódki, która cały czas szła na dno. Fale o wysokości 3 metrów zakrywały nas i odkrywały. Wdech – fala – wydech – fala – wdech – fala i tak w kółko. Po gołych plecach „walił” nam grad. Temperatura wody gwałtownie spadła. Każdy z nas miał „gęsią skórkę” i stukały nam zęby. Byliśmy wyczerpani. Dookoła nie było nic widać – białe mleko. Łódka szła na dno stopniowo, a my nie mieliśmy pojęcia, w którą stronę należy płynąć, gdy łódka całkiem zatonie. Pomoc nie nadchodziła z żadnej strony, w oczach mieliśmy strach i łzy. „Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen” – usłyszałam ciche prośby wznoszone przez Agatkę. Wszyscy się do niej dołączyliśmy.

Utrata sił

Wdech – fala – wydech – fala – wdech – fala – wydech. Po około godzinie zaczęłam tracić siły i odpadać od jachtu. Wszyscy byli zmęczeni, zmarznięci i przerażeni. Z pomocą przyszedł Michał. Objął mnie i powiedział: „Trzymaj się mała, nie poddawaj się, już za chwilę skończy się to piekło”. Aby dodać wszystkim odwagi, Karolinka zaczęła śpiewać moją ulubioną wakacyjną piosenkę: „Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda, świat jest piękny zobacz sam, otwórz oczy patrz bum tarararrararara”. Pomogła. Ja nabrałam sił do walki, a i widoczność zaczęła się poprawiać.

fot. Marek Cieśliński

Ratownicy dobrej woli

Przejaśniło się na tyle, że w oddali na brzegu dostrzegliśmy ludzi, którzy starali się wypchnąć łódź, a raczej kanu, z brzegu. Widzieliśmy ich walkę z falami – syzyfowa praca. Kiedy tylko udało im się wypchnąć łódź na wodę, fale z powrotem cofały ją na brzeg. „Nadchodzi pomoc” – ucieszyła się Agatka. Rozjaśniało się coraz bardziej. Dookoła nas jak grzyby po deszczu leżały poprzewracane jachty. Nad naszymi głowami latały helikoptery, niestety żaden nie leciał po nas. Na brzegu walka trwała nadal. „Udało się” – krzyknęłam uradowana. „Już po nas płyną” – darł się ze szczęścia Michał. Gdy ekipa ratunkowa wyłowiła nas z wody i odtransportowała bezpiecznie na brzeg, radości, uściskom i łzom nie było końca.. „Uratowani, uratowani’ – krzyczeliśmy w szale szczęścia. Krzysiek z Agatką odtańczyli nawet taniec radości.

„Wiele w życiu widziałem, przez 20 lat pracowałem jako goprowiec, od 10 lat jestem woprowcem na jeziorach, a w życiu nie widziałem czegoś takiego. Mieliście ogromne szczęście, że przeżyliście. Dostaliście drugie życie i powinniście za nie dziękować Bogu ” – tak po udanej akcji ratowniczej powiedział nam woprowiec, który uratował nam życie.

Niestety, nie jest to koniec historii

Oczywiście cieszyliśmy się, że żyjemy, że jesteśmy cali i zdrowi. Karolina nie mogła opanować drżenia rąk i łez. Ale życie szybko sprowadziło nas do parteru. Nikt się nami już nie zainteresował, zostaliśmy sami, bez niczego. Nie mieliśmy pieniędzy, telefonów komórkowych, ubrań, butów, nie mieliśmy gdzie spać, nie mieliśmy co jeść. Nie mieliśmy jak zadzwonić do domu, by poinformować rodziców, że jesteśmy cali i zdrowi. Na szczęście w tym dniu na naszej drodze stanęli kolejni dobrzy ludzie, państwo Klimczakowie, którzy przygarnęli nas do siebie.

Dopiero po powrocie do domu dowiedzieliśmy się z mediów, co nas spotkało, że był to biały szkwał, zjawisko atmosferyczne, które zdarza się niezmiernie rzadko, kiedy wiatr wieje 130 km/h.

W tym dniu zginęło 12 żeglarzy. W tym ostatnim rejsie życzę im stopy wody pod kilem.

Joanna Duda
Studentka III roku Socjologii Wydziału Humanistycznego