Biuletyn AGH
Magazyn Informacyjny Akademii Górniczo-Hutniczej
22 listopad 2019
Strona GłównaBiuletyn AGHArchiwumKontakt
Dolina Mandaras i Noszak w Hindukuszu Afgańskim – powrót po 37 latach
31 styczeń 2011

prelekcja prof. Wojciecha Kapturkiewicza

20 stycznia 2011 roku, Biblioteka Główna AGH po raz kolejny zorganizowała spotkanie z osobą związaną z akademią, znaną również ze swych na niezwykłych pasji i zainteresowań. Tym razem był to prof. Wojciech Kapturkiewicz absolwent Wydziału Odlewnictwa AGH z 1960 roku, a od 1965 roku wykładowca na naszej uczelni. W latach 1991–1993 pełnił funkcję prodziekana, a przez dwie kolejne kadencje (1993–1999) dziekana Wydziału Odlewnictwa AGH. Od początku działalności zawodowej koncentrował swoje zainteresowania na teorii procesów odlewniczych i technologiach z tym związanymi. Jest autorem ponad 100 publikacji; jest również promotorem trzech rozpraw doktorskich. W uznaniu zasług otrzymał liczne odznaczenia i wyróżnienia, jest również członkiem wielu komitetów i towarzystw naukowych.

Przez potok Mandaras założyliśmy asekurację - fot. W. Kapturkiewicz

Do pozazawodowych pasji profesora należy alpinizm. Górska przygoda rozpoczęła się już podczas studiów. Potem, zajęty karierą zawodową, na kilka lat stracił kontakt z górami. Powrócił do wspinaczki z innym niż pierwotnie nastawieniem. Problemy techniczne przestały być głównym punktem ciężkości. Nie widzi już w alpinizmie jedynie sposobu na spędzenie weekendu lub wakacji. – Nie jest to, co prawda, sposób na życie, ale przynajmniej znaczące jego dopełnienie – stwierdza obecnie. Jednym z jego osiągnięć w tym zakresie było kierowanie wyprawą w Andy i zdobycie w 1985 roku najwyższego szczytu Ameryki Południowej Aconcgaua – 6960 m n.p.m , tzw. Lodowcem Polaków, w 50-lecie pierwszej polskiej wyprawy. I właśnie te zainteresowania były głównym pretekstem do spotkania, którego bohater skupił się przede wszystkim na swojej ostatniej ekspedycji. W sierpniu 2010 roku – po 33 latach przerwy – grupa polskich alpinistów z prof. W. Kapturkiewiczem, ponownie spróbowała wejścia na najwyższy szczyt Afganistanu, Noszak (7492 m). Jest to drugi co do wysokości szczyt w górach Hindukuszu, leży na granicy między Afganistanem, a Pakistanem. Dla Profesora był to powrót sentymentalny, gdyż był on już na tym szczycie w 1976 r. W dolinie Mandaras bawił we wrześniu 1973 roku, wchodząc na Kohe Naser Khosrow, a po latach chciał te rejony odwiedzić ponownie. Z pomocą trzech tragarzy dwa dni wędrował z przyjaciółmi (kolegami) do doliny Mandaras, do miejsca, gdzie poprzednio polskie wyprawy zakładały obozy bazowe. Pobyt w dolinie trwał 5 dni i ograniczył się do wędrówki w górę lodowca oraz wykonania panoram fotograficznych otoczenia. Pogoda była nienajlepsza i szczyty gór częściowo zakrywały chmury. Poza rozpoznaniem możliwości działania w Dolinie, nieodwiedzanej przez zachodnie wyprawy od 1976 roku, nie udało się dokonać niczego godnego uwagi. Droga na Noszak jest obecnie radykalnie mniej przyjemna od tej z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Obszar ujścia potoku Mandaras do potoku Khazi Deh został zaminowany, stąd konieczność obchodzenia szerokim łukiem pól minowych. W kilku miejscach droga została nadto zarwana przez potok.

Odpoczywamy w bazie pod Kohe Urgent - fot. Andrzej Semenowicz

Pan profesor, w górach mnóstwo przygód, poznał najważniejszych ludzi polskiego alpinizmu, z wieloma się zaprzyjaźnił. Doświadczenia zdobyte podczas wypraw w odległe i egzotyczne regiony świata pozwoliły mu docenić wartość kontaktów z ludnością zamieszkującą tereny, które przyszło mu odwiedzać. Podczas jednej z pierwszych wypraw do Turcji w pobliżu góry Ararat (5122 m n.p.m.) niespodziewanie polską grupę otoczyła gromada kurdyjskich pasterzy. Zaczęli coś wykrzykiwać w swoim języku. Polscy alpiniści nie reagowali na zaczepki. Wtedy z proc Kurdów poleciały kamienie. – Musieliśmy w tej sytuacji nawiązać z nimi kontakt. Pasterze zaprowadzili Polaków do swojej wioski, złożonej z kilku wielkich namiotów z czarnej wełny. Podczas rozmowy, prowadzonej na poły po angielsku, na poły po turecku, a w dużej mierze na migi, okazało się, że chcą być przewodnikami Polaków na Ararat – oczywiście za opłatą.

Moje stanowisko bazowe w dolinie Mandaras w 2010 r. - fot. W. Kapturkiewicz

Profesor uważa też, że kontakt z miejscowymi najwspanialszy jest wtedy, gdy potrafimy porozumieć się ich językiem. Najsilniejsze więzy łączą prof. Kapturkiewicza z Afganistanem. – „Nie mogłem pogodzić się z jego utratą – mówił. Gdy 29 grudnia 1979 roku usłyszałem przez radio o wkroczeniu wojsk radzieckich do Afganistanu, zrozumiałem, że jest to rejon dla nas, alpinistów, na zawsze stracony”.

Wcześniej był tam cztery razy. Nauczył się porozumiewać w miejscowym języku. Już podczas drugiej wyprawy do Afganistanu potrafił się dogadać z miejscowymi. Gdy kolejny raz przybywał do Khazi Deh – wioski leżącej w dolinie u stóp Noszaka (7492 m n.p.m. – najwyższa góra Afganistanu) – witany był jak stary znajomy. Gdy pojechał trzeci raz do Afganistanu, władze tego kraju wprowadziły przepisy, które miały zapewnić wpływy do budżetu z turystyki. Uzyskanie zezwoleń na wspinaczkę nie tylko kosztowało, ale też zajmowało sporo czasu. Gdy prof. Kapturkiewicz znalazł się przed obliczem dostojnego urzędnika, ten zaczął tłumaczyć, że trzeba załatwić szereg pozwoleń i wziąć miejscowego przewodnika. Profesor odpowiedział w farsi (perskim), że sam będzie przewodnikiem, bo najlepiej zna tamtejsze góry – tu posypały się nazwy miejscowości, rzek, gór i przełęczy – afgański urzędnik zaniemówił z wrażenia. Po raz pierwszy spotkał obcego mówiącego w miejscowym języku i znającego tak dobrze kraj. Zamiast zwyczajowego tygodnia, wszystkie formalności udało się załatwić w ciągu jednego dnia.

Ekipa "Mandaras 2010". Od lewej Jakub Rybicki, Krzysztof Mularski, W.K., Paweł Krzywicki - fot. W. Kapturkiewicz

W Afganistanie prof. Kapturkiewicz docenił znaczenie partnerstwa w górach. – Na co dzień nie jest to może aż tak ważne, jednak na dużych wysokościach, gdy życie jest nieustannie zagrożone, ludzie różnie się zachowują – mówi. – Poza kondycją i sprawnością fizyczną ważniejsza jest chyba kondycja psychiczna; nie wszyscy w tych trudnych warunkach wytrzymują, czasem padają, (ale bywa, że się umacniają!) długie przyjaźnie.

Spotkaniu towarzyszył pokaz slajdów, gdyż każdy z podróżników zawsze podróżuje z aparatem fotograficznym i utrwala te piękne chwile i miejsca. Dzięki nim łatwiej było „podróżować” razem z profesorem, który przyznaje, że góry zawsze były dla niego ważne. Gdy dzwonili do niego w piątek z propozycją wyjazdu w góry w sobotę rano, to prawie zawsze mogli liczyć na to, że pojedziemy się wspinać.

Hieronim Sieński
Biblioteka Główna – Oddział Informacji Naukowej

Młodzi (Krzysiu Mularski i Kuba Rybicki) idą zakładać biwak w górnej części Mandarasu - fot. W. Kapturkiewicz