Biuletyn AGH
Magazyn Informacyjny Akademii Górniczo-Hutniczej
01 paĽdziernik 2022
Strona GłównaBiuletyn AGHArchiwumKontakt
Etiuda&Anima 2013 nagrodzona

Nagroda Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej dla festiwalu Etiuda&Anima 2013, odbywającego się pod Patronatem Honorowym Rektora AGH .

Dr Bogusław Zmudziński – pracownik Wydziału Humanistycznego AGH – odebrał podczas Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni Nagrodę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w kategorii „Międzynarodowe wydarzenie filmowe 2013” za organizację 20. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Etiuda&Anima. Jak przebiegał proces tworzenia słynnego, alternatywnego wydarzenia filmowego? Co oznacza przyznana nagroda? Opowiada o tym założyciel i dyrektor artystyczny Festiwalu.

Panie Doktorze, dziś każdy kojarzy pana ze światem kina. Czy może pan powiedzieć, jak to się zaczęło, skąd wzięło się pańskie zainteresowanie filmem?

Ciężko mi na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć, gdyż z kinem mam kontakt od dzieciństwa. W latach 50. i 60. w Polsce były bardzo silne bariery, które determinowały wyobrażenia o tym, co działo się wówczas na świecie. Dla mojego pokolenia kino było tym oknem na świat, które dawało pewną możliwość przekroczenia tych barier. Zacząłem od zainteresowania kinem gatunków, a w owych czasach najważniejszym spośród nich był western. Jeszcze dzisiaj żywo wspominam sytuację, w której z moim ojcem poszedłem na film „Biały kanion” Williama Wylera z Gregorym Peckiem. Oglądanie tej produkcji na szerokim ekranie, w pełni barw – a wówczas dominowały filmy czarno-białe – było przeżyciem, które szczególnie wpłynęło na moje zainteresowanie filmem.

Połowa lat 60. to z kolei był czas filmowych przewartościowań. Powoli przestawałem interesować się kinem gatunków i zaczął mnie pochłaniać świat kina autorskiego, które wtedy przeżywało okres świetności. Uczyłem się wówczas w II Liceum Ogólnokształcącym im. Jana III Sobieskiego, a potrzeba było ledwie 8–10 minut, aby ze szkoły przemieścić się do kina „Sztuka”. Muszę uczciwie powiedzieć, że bardziej angażowało mnie chodzenie do kina niż nauka w szkole. Wraz z kolegami byliśmy bardzo zaborczymi kinomanami, którzy przy okazji kształcili się jako widzowie. Po prostu dojrzewaliśmy jako odbiorcy. To był decydujący moment kształtowania się moich zainteresowań, o tyle dla mnie szczęśliwy, że zbiegł się z rozwojem kina jako artystycznego medium.

Kiedy zaczął się pan interesować animacją i innymi niszowymi formami?

Zainteresowanie animacją jest związane z tym, że jako nastolatek byłem jednym z najmłodszych uczestników ówczesnych, organizowanych w Krakowie od początku lat 60., Festiwali Filmów Krótkometrażowych. To była bardzo ważna impreza, jedyna tego typu w Polsce – jedna z niewielu w miarę otwartych na świat inicjatyw w tej części Europy. W ciągu dziewięciu dni trwania festiwalu cenzura starała się przekonać gości, którzy przyjeżdżali z całego świata, że Polska jest postępowym, otwartym, niemal wolnym krajem. Pewne filmy pokazywane były tylko na ekranie kina „Kijów”, potem nie można było ich już nigdzie zobaczyć. Od czasów licealnych byłem uczestnikiem tego festiwalu i chłonąłem wszystko, co pojawiało się na ekranie, a była to między innymi animacja. I co prawda Krakowski Festiwal Filmowy, bo dzisiaj tak się nazywa ta impreza, nie był i dzisiaj nie jest festiwalem poświęconym animacji, ale to wtedy miałem z nią pierwszy kontakt. Filmem przełomowym, przez który odkryłem tę formę, był „Ptak” Ryszarda Czekały. Ta produkcja mną wstrząsnęła. Dla mnie było to wręcz niewiarygodne, że poprzez medium plastyczne można wyrażać tak subtelne i skomplikowane treści jak w filmie fabularnym czy dokumencie.


Najbliższa,
21. edycja
Międzynarodowego
Festiwalu Filmowego
Etiuda&Anima
odbędzie się w Krakowie
w dniach
21-27 listopada 2014 r.


Jak zrodził się pomysł na Festiwal Etiuda & Anima?

Miałem za sobą bagaż doświadczeń wyniesionych z Festiwalu Filmów Krótkometrażowych, zatem moje wyobrażenie o imprezie filmowej z prawdziwego zdarzenia dokładnie pokrywało się z tym, jak takie wydarzenia organizowano w Krakowie. Oczywiście było to swoiste ograniczenie, o czym miałem się okazję przekonać w latach 90., gdy zacząłem bywać na zagranicznych festiwalach filmowych. Od końca lat 80. byłem bardzo zaangażowany w ruch dyskusyjnych klubów filmowych, a w pierwszej połowie lat 90., już jako prezes DKF „Rotunda” stałem się selekcjonerem i członkiem Rady Programowej Festiwali Filmów Krótkometrażowych w Krakowie.

Rodowód „Etiudy” sięga właśnie okresu, kiedy współpracowałem z Festiwalem Filmów Krótkometrażowych. Szybko zauważyłem, że w selekcji niedocenianie są filmy realizowane w szkołach filmowych i artystycznych. Moim zdaniem było to niesprawiedliwe, zwłaszcza, że wiele filmów reprezentowało wysoki poziom, a ciągle żywa była np. legenda Romana Polańskiego, który etiudą „Dwaj ludzie z szafą” zdobył międzynarodową sławę. Widząc konserwatywne nastawienie doświadczonych selekcjonerów, po raz pierwszy pomyślałem, by stworzyć osobny konkurs filmów realizowanych w szkołach filmowych. Na krakowskim festiwalu obok filmów fabularnych i dokumentalnych pojawiały się również filmy animowane. Postanowiłem przenieść ten model na festiwal filmów studenckich. I tak narodził się, od początku międzynarodowy, festiwal Etiuda.

Jakie największe zmiany nastąpiły w ciągu tych minionych lat w formule festiwalu?

Przede wszystkim w dwunastym roku istnienia imprezy pojawił się osobny, nie ograniczający się wyłącznie do filmów studenckich konkurs animacji. Środowisko twórców animacji jest bardziej zżyte i zintegrowane niż w przypadku filmów fabularnych. Stąd wyrósł pomysł, by fundamentem festiwalu były dwa konkursy: jeden – etiud dokumentalnych i fabularnych, drugi – profesjonalnej, studenckiej i niezależnej animacji. W ten sposób pojawił się w Polsce pierwszy festiwal wypełniający białe plamy kultury filmowej. Trudno bowiem uwierzyć, ale w Polsce nigdy nie organizowano festiwalu z międzynarodowym konkursem animacji. Od początku chciałem stworzyć imprezę w sposób znaczący uzupełniającą Festiwal Filmów Krótkometrażowych. Uważam, że E&A oraz Festiwal Krakowski po latach tworzą rodzaj dyptyku, który sprawia, że Kraków jest prawdziwą międzynarodową stolicą krótkiego metrażu.

Czy któraś edycja festiwalu E&A w szczególny sposób zapisała się w pańskiej pamięci?

Każda edycja jest dla mnie ważna, bo po prostu festiwal ten wyrósł z moich pasji i robię go w znacznym stopniu dla siebie. Czuję się kinomanem, który lubi penetrować obszary niezbadane. Zawsze mnie cieszy, jeśli uda się dokonać jakiegoś niespodziewanego odkrycia lub przynajmniej przypomnieć coś, co było kilka pokoleń wcześniej w świadomości widzów, lecz z czasem uległo zapomnieniu. Być może, gdyby pani bardzo naciskała, wskazałbym ostatecznie przełomową, 12. edycję, kiedy po raz pierwszy zorganizowaliśmy konkurs animacji. To był milowy krok, który zmienił profil festiwalu. Pojawiła się animacja światowa, o której wiedza w Polsce była bardzo uboga. Od lat jako Biuro Organizacyjne Festiwalu popularyzujemy polską sztukę animacji na świecie, ale w naszym kraju ciągle jest dużo do zrobienia, aby otworzyć widzów na ten rodzaj twórczości filmowej.

Odczuwa pan, że odniósł sukces?

Ocena oczywiście nie należy do mnie, ale nie tylko dlatego jest to trudne pytanie. Stworzenie i zagwarantowanie stabilizacji takiemu przedsięwzięciu, jakim jest festiwal artystyczny, to zadanie naprawdę niełatwe. Mam chyba prawo do zadowolenia, ale proszę pamiętać, że w życiu wszystko ma swoją cenę – nic nie przychodzi bez większych lub mniejszych strat, np. po stronie życia prywatnego. Prawda jest taka, że stworzyłem ten festiwal, nie pytając nikogo o zgodę, ani nie szukając urzędowego poparcia czy jakichś instytucjonalnych sojuszników. Nie poszedłem do żadnego urzędu ani z postawą roszczeniową, żądając pieniędzy, ani po prośbie. Stworzyłem festiwal własnymi siłami, z pomocą moich młodych współpracowników, a nie było to łatwe – zwłaszcza, że w ciągu pierwszych lat musieliśmy zmierzyć się z długami. Mam bardzo duży szacunek, zwłaszcza dla pierwszej ekipy współpracowników, dlatego wymieniłem ich w Gdyni podczas wręczenia Nagród PISF z imienia i nazwiska. Sukces tych wszystkich młodych ludzi, którzy ze mną współpracowali i dzisiaj pracują, polega na tym, że festiwal przetrwał trudności i osiągnął status, jaki obecnie posiada.

Co w filmowym środowisku oznacza przyznana na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni nagroda PISF?

To jest przede wszystkim nagroda środowiskowa. Procedura przyznawania nagrody rozpoczyna się od tego, że przedstawiciele środowiska filmowego zgłaszają wydarzenia do konkursu. Podania te rozważają członkowie kapituły mianowanej przez dyrektora Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. W głosowaniu biorą udział osoby, które bardzo dobrze orientują się w tym, co dzieje się w Polsce – po prostu znają wartość różnych, nie tylko tych najgłośniejszych imprez. Jestem zadowolony z tej nagrody przede wszystkim dlatego, że podczas głosowania kapituły uzyskaliśmy najwyższą ocenę spośród wszystkich ubiegłorocznych imprez, które w naszej kategorii były zgłoszone. To jest niewątpliwie nobilitujące. Prywatnie sądzę, że nagroda została przyznana nie jedynie za ostatnią edycję, ale za całe dwadzieścia lat pracy nad tym, by doprowadzić do tej 20. odsłony. Wydaje mi się to ważne, bo przecież ciągle jesteśmy imprezą niszową i alternatywną, choć w naszej nazwie nie ma słowa „off”, które dzisiaj bywa używane w sposób mylący.

Uczy pan studentów i pokazuje im świat alternatywnego kina. Co pana zdaniem można zrobić, by otworzyć umysły Polaków na filmy niszowe?

Gdybym miał klucze do tych drzwi, to już dawno bym je otworzył. Jednak są to procesy bardzo trudne i zależne od wielu czynników. Czas jest jednak naszym sprzymierzeńcem. Trzeba wielu lat, aby wykształcić publiczność, która będzie otwarta np. na doświadczenia współczesnej animacji, ale jest to możliwe. Kiedyś byłem uczestnikiem jednej z edycji festiwalu animacji w Zagrzebiu. I tam byłem świadkiem tego, jak 2 tysiące widzów reagowało na najbardziej wysublimowane filmy animowane – niczym w pełni świadoma, dojrzała widownia. Takie rzeczy zdarzają się tylko w światowych filharmoniach. Być może zatem kształtowanie widowni wymaga po prostu wielu lat. W przypadku naszego festiwalu jest jednak pewna trudność. Nasi widzowie się zmieniają, to są w większości młode osoby, głównie studenci. Nikt – żartobliwie mogę powiedzieć: poza mną – od dwudziestu lat nie przychodzi na E&A. Dlatego obserwuję ustawiczny, choć z konieczności cząstkowy proces edukowania młodej widowni i kształtowania kultury filmowej, który sprawia, że widz nie tylko ogląda to, co jest popularne, ale również szuka czegoś nieoczywistego. Osobiście wierzę, że dla młodego widza spotkanie z Etiudą&Animą to doświadczenie – jakkolwiek, co najwyżej kilkuletnie – które zostawia ślad. I ja o trwałości tego śladu ciągle, w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach, się przekonuję.

z Bogusławem Zmudzińskim rozmawiała
Barbara Cyrek