Biuletyn AGH
Magazyn Informacyjny Akademii Górniczo-Hutniczej
29 listopad 2022
Strona GłównaBiuletyn AGHArchiwumKontakt
Disce puer…

Kiedy przejedziemy mostem Oresund z Danii do Szwecji, to zauważymy, że oprócz tego, że musieliśmy zapłacić około 200 złotych za przejazd mostem , duńskie napisy stały się jakby mniej duńskie. Różnica niby niewielka, ale jednak. To już szwedzki, język, który możemy nazwać językiem sąsiedzkim w stosunku do duńskiego.

Duńczycy, Szwedzi, Norwegowie (i w mniejszym stopniu Islandczycy i mieszkańcy Wysp Owczych) lubią powtarzać, że ich języki ojczyste nie są w stosunku do siebie językami obcymi, ale sąsiedzkimi. Oczywiście, większość językoznawców powie, że coś takiego jak język sąsiedzki nie istnieje, ale Skandynawowie wiedzą swoje. W przypadku kontaktów, każdy z nich, mimo iż pochodzi z innego kraju, stara się mówić w swoim języku. I do pewnego stopnia to działa, ale rozmowy dłuższe, na bardziej skomplikowane tematy niż pogoda, to już coś zupełnie innego. Spośród trzech głównych języków skandynawskich, najbardziej odstaje duński, jeśli chodzi o rozumienie przez sąsiadów. Szwed zawsze wybierze angielski, gdy ma rozmawiać z Duńczykiem, bo wtedy po prostu lepiej go zrozumie. Choć, jak się okazuje, uniwersytet w szwedzkiej Uppsali oferuje 16-godzinny kurs duńskiego dla każdego Szweda, który chciałby się dogadać z Duńczykiem z pełnym zrozumieniem. Tym bardziej, że Kopenhaga i Malmo tworzą obecnie praktycznie jedno bliźniacze miasto, z niższymi na dodatek cenami w Szwecji.

Mimo nieporozumień i wynikających z nich niezliczonych dowcipów językowych Skandynawowie korzystają obficie z przywileju języków sąsiedzkich. I mimo powszechnej i dobrej znajomości angielskiego wybierają własny język wiedząc, że sąsiad ich zrozumie.

Wiele innych języków europejskich można by traktować w kategorii języków sąsiedzkich, co automatycznie likwidowałoby podział na „język obcy” i „dialekt”, ale tu wchodzi w grę polityka. Gdy jeden język jest większy i bardziej prestiżowy (cokolwiek by to znaczyło) od drugiego, to użytkownicy pierwszego nie mogą oprzeć się pokusie deprecjacji drugiego, mającego znacznie mniej użytkowników, języka. Dobrym przykładem jest hiszpański i kataloński, z dominującą pozycją tego pierwszego, szczególnie wobec separatystycznych ciągot Katalonii. Podobne frustracje można zauważyć na Bałkanach, od krajów byłej Jugosławii (gdzie, na przykład, różnice między serbskim a chorwackim, są czysto kosmetyczne, nie licząc alfabetu), poprzez Macedonię aż do Bułgarii. Zapewne nazwanie ich języków sąsiedzkimi wywołałoby lawinę nieprzychylnych komentarzy, choć rzeczywistości, mimo zaklinania, nie da się odmienić.

Najczęściej decydujący głos ma polityka. Rosyjski na Ukrainie, rosyjski na Białorusi, rumuński w Moldowie, rosyjski w Estonii i na Łotwie, paniczny strach Litwinów przed polskim, śląski na Górnym Śląsku, niemiecki na Opolszczyźnie… Długo by wymieniać. No ale tu trzeba by mówić o językach nie tyle sąsiedzkich, a dobrosąsiedzkich, a do tego droga daleka.

Lucjan Bluszcz