Krystyna Słoczyńska

Spotkania z Kresami

Tegoroczna wiosenna podróż na Kresy Wschodnie była szóstą tego typu wyprawą organizowana przez Komisję Zakładową NSZZ „Solidarność”, przy bardzo dużym wsparciu, również finansowym, Władz naszej Uczelni oraz grona wypróbowanych przyjaciół. Czterokrotnie odwiedzaliśmy Ukrainę, w roku ubiegłym Litwę i Białoruś zaś w roku naszym celem była sama Białoruś.

Za każdym razem oprócz realizacji bogatego programu historyczno-krajobrazowego, dzięki wspomnianym wyżej sponsorom, możemy udzielać wsparcia placówkom polonijnym oraz innym instytucjom zajmującym się pomocą dzieciom, ludziom starszym, chorym i samotnym. Wieziemy – oczywiście – powierzone nam dary rzeczowe, jak książki, materiały szkolne, środki czystości, odzież i lekarstwa, ale dysponujemy także środkami finansowymi, którymi wspomagamy potrzebujących.

Czując ciążącą na nas odpowiedzialność za powierzone nam dobra, każdorazowo przeprowadzamy dokładne rozeznanie potrzeb, a uzyskane informacje sprawdzamy na miejscu, szczególnie w tych przypadkach, gdy udzielamy wsparcia finansowego.

Często, jak bywało to podczas czterech kolejnych wypraw na Ukrainę, wracając po roku w te same miejsca mamy możliwość ocenić, jak użytkowane są uzyskane przez placówkę fundusze; rezultaty są zadziwiające. Na swojej drodze spotykamy ludzi niezwykłych, których nie zawaham się nazwać „ludźmi bożymi”: wbrew wszelkiej logice i faktom, podejmują dzieła nie na ludzką miarę a mimo to działania ich kończą się sukcesem. Pracują w skrajnie trudnych warunkach, z pogodą ducha, pełnym poświęceniem i wiarą w sukces. Mamy wielkie szczęście, mogąc nawiązać z nimi kontakt i choćby w nieznacznym stopniu wspomóc ich działania.

W naszych wyprawach staramy się docierać nie tylko tam, dokąd udają wszystkie wycieczki z Polski, lecz także w bardziej odległe rejony, często leżące poza granicami II Rzeczpospolitej, gdzie nasi Polacy żyją w bardzo trudnych warunkach i w poczuciu całkowitego opuszczenia i zapomnienia przez Rodaków w Kraju. Nasze odwiedziny, to nie tylko pomoc materialna, ale także wsparcie duchowe, dowód, że mimo dzielących nas granic, mimo znacznego oddalenia nadal stanowimy wspólnotę utrzymującą ze sobą łączność. Także dla nas możliwość bezpośredniego spotkania mieszkańcami tych ziem, zarówno tymi, którzy żyją tu od pokoleń, jak też z tymi, których zagnały tu losy wojenne lub ostatnio przyjechali dobrowolnie, by pełnić służbę na tych odległych placówkach, zawsze jest głębokim, poruszającym przeżyciem. Podczas tych spotkań dochodzi do nawiązania osobistych kontaktów, które często są podtrzymywane na stałe.

Takie kontakty utrzymujemy z siostrami Felicjankami, które prowadzą sierociniec w Zabłotowie na Ukrainie, z Paulinami w Różynie czy siostrami Nazaretankami z Nowogródka na Białorusi.

Od trzech lat Władze naszej Uczelni umożliwiają nam zapraszanie polskich dzieci z tych placówek na kolonie letnie do Łukęcina, zaś NSZZ „Solidarność” pomaga w wyposażeniu ich w najpotrzebniejsze rzeczy, jak plecaki, środki higieny osobistej czy odzieży.

Niezależnie od działalności charytatywnej, każdy wyjazd na Kresy jest dla uczestników niezapomnianą sentymentalna podróżą do miejsc ważnych wydarzeń historycznych czy literackich, a nierzadko także związanych z tradycją rodzinną czy przeżyciami osobistymi.

Trasę, której głównym konstruktorem jest mgr Piotr Korpanty, staramy się planować tak, aby obejmowała miejsca, które każdy Polak powinien zobaczyć np. tzw. Szlak Mickiewicza, ważne siedziby rodowe, miejsca historycznych bitew, sławne sanktuaria, parki przyrodniczo-krajobrazowe. Staramy się także docierać do mniej znanych zakątków, ale bliskich sercom poszczególnych uczestników wyprawy. Tak zaplanowana i zrealizowana podróż ożywia nasze wiadomości z historii, literatury i sztuki oraz pozwala podziwiać wspaniałe krajobrazy i nawiązywać bezpośrednie kontakty z miejscową ludnością, dla której jest to nierzadko jedyne spotkanie z Rodakami z Polski. Niezwykłe wzruszające są także przeżycia tych uczestników, którzy podążają śladem swej własnej historii, odnajdując swe rodzinne domy, miejsca, gdzie uczęszczali do szkoły, gdzie spędzali wakacje lub o których opowiadali rodzice czy dziadkowie.

Jako przykład takiej historii pozwolę sobie opisać przypadek naszego przyjaciela, dr Jana Perkowskiego.

Ojciec jego, Tadeusz Perkowski był dyplomatą w II Rzeczpospolitej, między innymi Kierownikiem Konsulatu Generalnego w Mińsku oraz sekretarzem Ambasady w Moskwie a także delegatem Polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych na posiedzeniu Rady Ligi Narodów w Lugano.

W 1939 roku pełnił funkcję zastępcy Komisarza Generalnego Rzeczpospolitej Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku, w związku z czym w chwili wybuchu II Wojny Światowej jego życie znalazło się w bezpośrednim zagrożeniu.

Jesienią 1939 r., jako rozbitek wojenny 12 listopada dotarł do rodzinnych Dżuginian na Żmudzi, gdzie przebywał do końca sierpnia 1940 r., to znaczy do wkroczenia Armii Czerwonej. W tym samym czasie na terenie Generalnej Guberni gestapo rozpisało list gończy w poszukiwaniu Tadeusza Perkowskiego w związku z pełnioną przez niego służbą w Komisariacie Generalnym RP w Gdańsku .

Dwuletni okres od września 1940 r. do połowy 1942 r. spędził jako bezdomny tułacz na Litwie i Wileńszczyźnie. Bliższe szczegóły o tym nie są znane; wiadomo, że jakiś czas przebywał w samym Wilnie.

Po niemieckiej inwazji na Sowiety i okupacji Wileńszczyzny, Tadeusz Perkowski czuł się bardzo zagrożony przez Niemców, wyjechał więc jeszcze dalej na północ, gdzie zamieszkał w Miorach w powiecie brasławskim, jako rezydent i nauczyciel dorastających dzieci w majątku Heleny Klottowej i jej córki Janiny Dobrowolskiej.

W czerwcu 1942 r. Tadeusz Perkowski postanowił odwiedzić swego dalekiego krewnego Józefa Łopacińskiego, właściciela majątku Ustroń odległego o około trzydzieści kilometrów od Mior.

Ustroń był umiejscowiony w północnej brasławszczyźnie, otoczony nieprzebytymi moczarami i lasami, częściowo należącymi do Łopacińskich, a częściowo do Przeździeckich z Woropajewa. Prawdopodobnie ukrywały się tam wtedy niedobitki Sowieckiej Armii i zapewne rozwijała się już ich partyzantka, działająca eksterminacyjnie i grabieżczo przede wszystkim przeciw polskiemu żywiołowi Wileńszczyzny. 27 czerwca po południu około godziny siedemnastej taka sowiecka banda z lasu wtargnęła do dworu w Ustroniu, aby zamordować jego właściciela Józefa Łopacińskiego. Ponieważ zastali u niego Tadeusza Perkowskiego, zamordowano ich obu strzałami w potylicę. Według pisemnej relacji jednego ze świadków zdarzenia, spisanej w grudniu 1946 r. „mordercy spalili w ustrońskim dworze wszelkie papiery, książki i zrabowali rzeczy”. Ofiary mordu pochowano 30 czerwca w pobliskiej wsi Borodzienicze. Dzięki staraniom okolicznej ludności, Łopacińskiego, jako fundatora kościoła parafialnego złożono w krypcie przeznaczonej dla fundatorów, a Perkowskiego w bezimiennej mogile w obrębie kościelnego muru. Organizacją i przeprowadzeniem pogrzebu zajął się krewny Józefa Łopacińskiego, wówczas dwudziestoletni Lucjan Przybora, późniejszy lekarz onkolog w Poznaniu. Był on właścicielem, majątków Annodwór i Tadulin sąsiadujących z Ustroniem,

Mogiłą Perkowskiego do czasu opuszczenia Wileńszczyzny opiekowały się właścicielki Miorów, a potem grób pozostał opuszczony.

W siedemnaście lat po tragedii, w lipcu 1959 r., syn Tadeusza, Jan Perkowski, korzystając ze służbowego pobytu w Związku Sowieckim, nielegalnie dotarł z Mińska przez Brasław do Borodzienicz. Szczegółowych informacji zarówno o przebiegu tragicznych dla ojca wydarzeń jak i lokalizacji grobu udzielił ks. Jan Zawistowski, który w czasie wojny był proboszczem w Miorach, a po ośmioletnim pobycie w radzieckich łagrach objął parafię w Brasławiu. Dzięki uzyskanym wskazówkom, Jan Perkowski, głównie pieszo dotarł do Borodzienicz, gdzie przebywał przez jedną dobę.

Kościół był oczywiście nieczynny, użytkowany jako kołchozowy magazyn. Mieszkańcy wsi przyjęli go życzliwie i pamiętając dramatyczne wydarzenie wskazali bez wątpliwości jako grób Tadeusza Perkowskiego wyraźnie widoczną darniową, bezimienną mogiłę z małym, wypróchniałym u podstawy, drewnianym krzyżem. Jan Perkowski na ile mógł poprawił nagrobek, obłożył go zebranymi w polu bławatkami i polecił ją przychylnej opiece borodzieniczan. Wieczorem 12 lipca udał się w drogę powrotną do Polski.

Przez następnych czterdzieści pięć lat Jan Perkowski nie miał możności ponownego przyjechania do Borodzienicz, jednak utrzymywał korespondencyjną łączność z jedną z rodzin w pobliskim Tadulinie.

Podczas tegorocznej wyprawy pracowników AGH i ich przyjaciół na Białoruś, Jan Perkowski po czterdziestu pięciu latach dotarł ponownie do wsi Tadulin, a następnie do Borodzienicz. Znajdujący się tam kościół jest czynny i odnowiony.

Jan Perkowski z pomocą przyjaciół postawił w domniemanym miejscu, nieistniejącej już mogiły ojca przywieziony z Polski, nowy krzyż z figurą Umęczonego i tabliczką nagrobną oraz zapalił światła pamięci. Potem razem odmówiliśmy modlitwę za spoczywającego tu Tadeusza Perkowskiego oraz wszystkie ofiary wojny i terroru na tej Ziemi.

Jest to jedna wielu „kresowych” historii, jakie przeżywamy podczas naszych wypraw, choć nie wszystkie są tak dramatyczne. Każda opowieść jest na swój sposób poruszająca i mimo, że dotyczy indywidualnego losu któregoś z uczestników, stanowi fragment bogatej mozaiki dającej obraz nieodległej historii i zachęca do szukania kolejnych śladów.

W przyszłym roku, jak zwykle na przełomie kwietnia i maja, wraz z koleżanką Ewą Łucką, planujemy kolejna wyprawę, tym razem na Litwę.

Serdecznie zapraszając wszystkich P.T. Państwa do udziału, raz jeszcze składamy gorące podziękowania wszystkim, którzy wspierają nasze działania.


BIP nr 134 październik 2004 r. str. 20