Andrzej Gałaś

Spacer aleją wulkanów

Przybyliśmy do Ekwadoru w ramach wyprawy łChimborazo 2001ń zorganizowanej przez Sekcję Akademicką Klubu Wysokogórskiego SAKWęa przy Akademii Górniczo-Hutniczej. W skład zespołu weszli studenci Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska: Marta Wróblewska, Grzegorz Brożyniak (prezes SAKWęy), Paweł Panajew, student Wydziału Paliw i Energii - Grzegorz Orzeszko oraz niżej podpisany, asystent Wydz. GGiOŚ. Wyprawa odbyła się w okresie 16.06-2.08 i miała charakter sportowo-naukowy. Celem sportowym wyprawy było wejście na andyjski wulkan Chimborazo (6310 m n.p.m.), którego wierzchołek jest najdalej oddalonym punktem od środka Ziemi. Celem naukowym, z racji przewagi liczebnej geologów, były obserwacje efektów działalności wulkanów i lodowców.

Po krótkim pobycie w Quito - stolicy Ekwadoru - udaliśmy się pod wulkan Cotopaxi (5870) śladami polsko-czeskiej wyprawy z 1972 kierowanej przez prof. Andrzeja Paulo (AGH), która jako pierwsza zeszła do krateru czynnego wulkanu. Korzystając z rad Profesora rozbiliśmy swoje namioty nad Laguną Limpio Pungo (3850). W ramach aklimatyzacji wspięliśmy się na dwa mniejsze wulkany Sincholagua (4873) i Ruminahui (4712). Następnie w dwóch grupach, w odstępie jednego dnia ruszyliśmy do refugia (schronisko) Jose F. Rivas (4750), z którego prowadzi normalna droga na szczyt Cotopaxi. Pierwsza próba wejścia z powodu niedostatecznej aklimatyzacji zakończyła się porażką dla obu zespołów. Długotrwałe pogorszenie pogody spowodowało, że następne ataki prowadzone były w trudnych warunkach atmosferycznych. Wejść dokonano 26 (dwie osoby) i 28 (dwie osoby). Widoczność nie przekraczała kilku metrów i wiał silny wiatr, który pokrył nasze ubrania i czekany warstwą lodu. Należy zaznaczyć, że w ciągu tego tygodnia były to jedyne wejścia na szczyt, mimo że Górę atakowały liczne zespoły z Hiszpanii, Austrii oraz zespoły złożone z turystów z Europy z przewodnikami. Niestety, nie było nam dane zaglądnąć do krateru Cotopaxi, który skrył się za chmurami. Zwinęliśmy naszą bazę i wyruszyliśmy pod Chimborazo.

Autobusem dojechaliśmy do małej miejscowości o wdzięcznej nazwie Mocha, gdzie właśnie odbywała się fiesta. Byliśmy wyraźnie większą atrakcją niż repertuar imprezy. Gdy weszliśmy na plac, gdzie odbywała się corrida wszystkie oczy zwróciły się na nasÓ

Po rozbiciu namiotów nad Rio Mocha odkryliśmy znaczenie tej nazwyÓ niestety moczyliśmy się w deszczu dwa dni. Podążając pod Chimborazo weszliśmy łpo drodzeń na wulkan Carihuarazo (5018).

Na szczyt Chimborazo wchodzi się obecnie od południa gdzie wybudowano dwa schroniska. My mieliśmy bardziej ambitny plan, żeby wejść starą drogą, od południowego-zachodu, którą polecił nasz guru, Profesor Paulo. Niestety, stare ścieżki już zanikły, a cofanie się lodowców dodatkowo tak zmieniło wygląd góry, że zgubiliśmy drogę. W końcu, po ogromnym, stromym piargu dotarliśmy pod lodowiec, gdzie była niezbędna woda. Tu, na wysokości około 5100 m rozbiliśmy bazę. Pierwszy atak, podobnie jak na Cotopaxi zakończył się niepowodzeniem. Doszliśmy do turni o nazwie El Castillio (zamczysko), która zakończona przepaścistym uskokiem okazała się przeszkodą nie do pokonania. Baliśmy się zjazdu nocą w kruchym terenie. Powrót do bazy trwał kilka godzin.

Drugi atak rozpoczęliśmy 10.08 o godz. 015 stromym stokiem, który wyprowadzał pod skałkę przypominającą z daleka lokomotywę. Stok zbudowany był z płyt lawy, na których leżał rumosz skalny, łatwy do strącenia. Niestety otrzymałem taki prezent od idącego wyżej Grześka. Uderzenie w nogę było bolesne, ale na szczęście niegroźne. Pod łLokomotywąń odkryliśmy lodowy kuluar pomiędzy serakami, który nareszcie wyprowadzał na lodowiec. Wspinaczka, słyszalny oddech pękającego lodowca i pierwsze promienie słońca były tym, czego szukaliśmy. Po chwili, zalani światłem, ponad morzem chmur podążaliśmy w stronę wierzchołka. Nasz marsz opóźniał śnieg, który utworzył niesamowite, kruche formy kondensacyjne, podobne do krzaków, w których grzęźliśmy po kolana. To był ten słynny, nie do rozgarnięcia śnieg, który niejednego zawrócił tuż spod wierzcholka. O godz. 830 stanęliśmy na szczycie, który powoli otaczała chmura - zwiastun zmiany pogody. Ruszyliśmy w dół normalną drogą, która była przetarta i wytrasowana. Pogoda wyraźnie się pogarszała, a my żeby wrócić do bazy musieliśmy się zmierzyć z El Castillo, ale tym razem stromy uskok mieliśmy pokonać od dołu. Gdy podeszliśmy pod znajomą z poprzedniej nocy turnię, zaczął sypać grad a widoczność zmalała do kilkudziesięciu metrów. Ładną mikstową (skalno-lodową), jednowyciągową drogę poprowadził Paweł i nadał jej nazwę Tres desperados. Mimo, że nietrudna technicznie (3,5-4 w 6-stopniowej skali alpinistycznej), to przecież na wysokości około 5500 m kosztowała nas wiele wysiłku. W dalszej drodze doświadczyliśmy zjawiska zwanego ogniami św. Elma, tj. mikrowyładowań elektrycznych, które bombardowały nasze głowy. Gdy w gęstniejącej mgle odnaleźliśmy nasze namioty urządziliśmy sobie ucztę, na którą składała się: 1 (słownie jedna) puszka piwa/na trzech, 5 kostek czekolady i po jednym vietkongu (chińska błyskawiczna zupka). Było to wszystko, co nam zostało - nasz atak był więc ostatnią, desperacką próbą. Na szczęście udaną. Tym samym cel wyprawy - zdobycie Chimborazo został osiągnięty.

Pozostałe do odlotu dwa tygodnie spędziliśmy podróżując po Ekwadorze. Zobaczyliśmy amazońską dżunglę, wybrzeże Pacyfiku oraz wiele ciekawych miejsc, ale opowieścią o tej części wyprawy podzielimy się w czasie pokazu slajdów, który odbędzie się już wkrótce. Ogłoszenie o terminie będzie wywieszone w gablocie SAKWęy, w łączniku A1-A2.

W imieniu wszystkich uczestników wyprawy pragnę podziękować prof. Andrzejowi Paulo za cenne wskazówki oraz mgr inż. Halinie Lachowicz, (absolwentka AGH pracująca w Quito) której rady i opieka pozwoliły nam zobaczyć tak wiele ciekawych miejsc. Dziękuję też wszystkim członkom SAKW'y oraz władzom uczelni i Wydz. GGiOŚ za okazaną pomoc w organizacji wyprawy.

Nasza baza pod wulkanem Chimborazo (fot. Grzegorz Orzeszko) Wulkan Cotopaxi z nieodłączną czapą chmur (fot. Andrzej Gałaś) Skałka zwana Lokomotywą na grani Chimborazo (fot. Andrzej Gałaś)
Odpoczynek przed drugim atakiem na Chimborazo (fot. Paweł Panajew) Autor pod szczytem Chimborazo (fot. Paweł Panajew) W lasach deszczowych amazońskiej dżungli (fot. Marta Wróblewska )